Zaznacz stronę

Ostatni tekst wzbudził spore zainteresowanie. Musisz go zresztą przeczytać, jeśli chcesz złapać sens poniższych wypocin. Na fejsuniu znalazłem pod jednym z udostępnień taki komentarz:

Kolejny „trafiający w sedno tekst”, oparty znajomości tematu zbudowanej na memach, klipach w necie i fejsbukowej relacji kogoś, kto „był, widział i zrozumiał”. Jeśli coś ten tekst pokazuje, to tylko to, że przeciętny człowiek, posiadający rodzinę, pracę, zajmujące go hobby itp., nie jest w stanie kompetentnie wypowiedzieć się w jakimkolwiek bardziej złożonym temacie, nie powiązanym z jego zawodowym doświadczeniem lub tymże hobby. Przepraszam, ale mam po dziurki w nosie domorosłych, weekendowych specjalistów od uchodźców , imigrantów i ich wpływu na gospodarkę. Ostatnio nie da rady wejść na fejsa bez bycia zaatakowanym przez „kolejny tekst trafiający w sedno”, o wartości podobnej, co rozprawka gimnazjalisty na temat pokoju na świecie. Brak danych, brak badań, brak krytycznej analizy informacji… A niby tytuł magistra – tak powszechny dzisiaj – powinien być nadawany ludziom, którzy poznali podstawy metody naukowej oceny rzeczywistości. Zgroza :/

Jakkolwiek zgadzam się w 100% co do przekazu ostatniego zdania, to, będąc paranoikiem, czuję tu podświadomie jakąś osobistą wycieczkę do mojej osoby. Upraszam zatem o odrobinę szacunku wobec białego współobywatela i nie wyzywanie mnie od jakichś magistrów. Jedyna szkoła jaką udało mi się formalnie ukończyć to liceum. A i tak jestem zażenowany, że nieco elitarne, co ostatnio zanalizowałem jako jedną z pra-przyczyn zrycia mego beretu. Pozew do skurwieli jest już w drodze – prywatni psychiatrzy nie są tani.

Odpowiadając ad metitum.:

Synu, nie muszę kończyć gastronomii, żeby mieć dobry smak, a na dodatek dobrze gotować. Nie muszę (a nawet nie powinienem) skończyć filologii polskiej, żeby pisać ponadprzeciętne teksty. Nie muszę kończyć akademii muzycznej, żeby robić tłuste bity i rapować. Nie muszę kończyć filologii angielskiej, żeby rozmawiać z Anglikami akcentem z Brighton. Nie muszę, kończyć filmówki, żeby robić filmy. Nie muszę kończyć psychologii, żeby rozpoznać psychola… jarzysz klimat?

Tak samo, nie muszę skończyć socjologii, żeby wyciągnąć proste socjologiczne wnioski.

Gdyby wiedza akademicka była Wiedzą Oświeconą i Jedyną nie mielibyśmy tylu nurtów w ekonomii i fizyce, ile mamy. Wszystko byłoby zero-jedynkowe. Tak albo nie. A tu chuj – okazuje się, że są odcienie szarości. Jedną z takich szarych krain jest społeczeństwo, które oczywiście można zważyć i zmierzyć pod każdym względem, ale kwestia interpretacji danych zależy już od miejsca siedzenia. Inną interpretację przedstawi uber-katol, inną deista, inną buddysta, a jeszcze inną wyznawca kebabów. I wszyscy mogą ukończyć dokładnie ten sam rocznik na Yale.

Na marginesie: nawet w tak mocno osadzonych w twardych danych dziedzinach jak medycyna wyniki badań często zależą od tego, kto łoży pieniądze na ich wykonanie. Jak więc możemy oczekiwać, że w takiej dziedzinie jak międzykontynentalne relacje społeczne osiągniemy konsensus przy którym wszyscy będą zgodni?

Nie ma takiej możliwości, zważywszy na fakt, różnicach w rozwoju/kultury Europy, Ameryki, Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu. Jestem jednak gotowy wsadzić sobie każde swoje słowo głęboko w dupę, jeśli ktoś przedstawi mi falsyfikowalne (warning: trudne słowo ze studiów!) dane, które poświadczą, że większość* imigrantów w wieku produkcyjnym pochodzących z “krajów arabskich” znajduje i utrzymuje regularną** pracę w krajach Unii Europejskiej.

* to znaczy 50% + jeden osobnik

** to nie znaczy, że musi być legalna

Spytacie, dlaczego akurat warunek pracy? Ano dlatego, że jest on najbardziej istotnym wskaźnikiem przydatności w europejskich społeczeństwach (inna sprawa, że należałoby przeprowadzić rzetelną rewizję definicji pracy, która aktualnie praktycznie nie uwzględnia takich czynności jak wychowywanie własnych dzieci. Inna sprawa 2 – tyle że z samego faktu wychowywania własnych dzieci za czyjeś pieniądze daleko nie zajedziemy).

Jasne, mogę uzyskać duplomy Wyższych Uczelni Czy Chuj Wie Czego, a nawet wygrawerować je sobie na złotej wizytówce i wpierdalać przedrostek mgr w sygnaturkach maili wzbudzając śmiech u adresata, jednak żeby mieć kompetencje w danej dziedzinie w większości wypadków samo formalne wykształcenie jest przesłanką o takiej wartości jak pryszcz na dupie.

Oczywiście jest trochę wyjątków, np. prawnicze cośtam-cośtam albo inżynierskie bu-bu. Wiedza ścisła to w ogóle wspaniała dziedzina nauki, którą szanuję and all.

Ale proszę nie insynuować, że aby wypowiadać się w kwestii fundamentalnych różnic kulturowych, religii, społeczeństwa, rynku pracy, biznesu, trzeba skończyć jakikolwiek uniwersytet. Uniwersytet Życia – jasne! Ale, aby go zdobyć nie musisz poświęcić co najmniej pięciu lat (sorry, jestem old-schoolowcem, nie uznaję licencjatu jako wyższego wykształcenia :-) ) na chodzenie w miejsce, które głównie wtłoczy Cię w przekonanie, że jesteś lepszy od innych, bo masz jakiś papierek. Nie dziwota, że tylu magistrów, jest sfrustrowanych zapierdalając na zmywaku. Gdyby kiedyś nie dowiedzieli się, że są coś warci, bo skończyli studia, to kopaliby rowy i zapierdalali na polu truskawek osiągając codzienny orgazm przy piłce nożnej w TV i browarku.

Jest tylko jedna rzecz w życiu której osobiście żałuję. Jest nią marnowanie czasu na studia. Absolutnie każda umiejętność, której w życiu się nauczyłem pochodzi spoza studiów.  Podstawy myślenia zdobyłem w domu, podstawówce i liceum (państwowych), potem było już tylko własnomózgie polerowanie umiejętności i zdobywanie innych kompetencji. W książkach, internecie, własnym wysiłkiem, pomysłami, pieniędzmi i pracą.

Czy to znaczy, że dissuję studia jako takie? Oczywiście, że nie. Są zawody, dla których formalne wykształcenie jest niezbędne. Pytanie tylko czy idziesz na te studia, bo:

  • rodzice kazali
  • nie wiesz co robić w życiu, więc przedłużasz sobie szkołę
  • chcesz zdobyć wiedzę z danej dziedziny

Zdecydowana większość studentów łapie się w któryś z tych trzech punktów. Większość z tej większości w 2 pierwsze. Jeśli kwalifikujesz się w ostatnim – gratuluję. Później i tak pewnie zmienisz zdanie/zajęcie, ale szacun za postawę i chęci. Co do dwóch pierwszych kropeczek radzę – zawróćcie z tej drogi, pokażcie jaja! Ja sam i żaden z dorosłych ziomów jakich znam, nie powtóżyłby błędu studiowania bez silnej wewnętrznej (a nie zewnętrznej) motywacji. Jasne, nie jest to proste & przyjemne, ale żadna wartościowa rzecz w życiu nie jest prosta i przyjemna. No chyba że ruchanie fajnej i łatwej koleżanki, ale umówmy się, że ostatecznie zazwyczaj i tak kończy się to jakąś chujnią.

Tak więc, Drogi Komentatorze, nie mam do Ciebie personalnej wycieczki. Pewnie w rozmowie face-to-face obydwaj przyznalibyśmy sobie rację (pisanie i interpretowanie niestety zniekształca przekaz). Sorry, że nie mam magistra, ale mam zdrowy rozsądek i umiejętność wnioskowania z otaczającego mnie świata. Jeśli wsadzam patyk w coś co wygląda jak gówno, pachnie jak gówno i smakuje jak… no dobra, zapędziłem się.. to mogę z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że jest to regularny, solidny kloc.

Nie jestem zwolennikiem obecnego społecznego status quo i gardzę nim z wielu powodów. Ale nie chcę wpadać z deszczu pod rynnę. Ciekawe jak przeciętni Niemcy i Francuzi, Anglicy czują się na co dzień w swoich krajach mając swoje multi-kulti…?

Share This