Dziwne Tabletki - komiksy, felietony, zwyrodniałe akcje i cała banda debili...
Strona gówna Zwyrols Squad śmierdzące Archiwum Forum Download Linkin' park sam se Sklep


Gwiazdą sportu >
Tak, kliknij TUTAJ po więcej info
O co tu kurwa chodzi? Kliknij na debila to się dowiesz... K.S. Rutkowski & Sado colabo
Najnowszy shitNext!Sprawdź, co przegapiłeś, bo piłeśPierwszy komiks wysrany z naszej dupy EVER
3 słowa od...
KIEDYŚ BYŁO PROŚCIEJ
left click 4 moron's bio & stats
acid green shit

Nie wiem, czy było prościej żyć, pracować i zarabiać, ale na pewno było łatwiej wybrać się na zwykłe, jebane zakupy.

     

11 września 2006

Mydło to było mydło. Krem do golenia to był po prostu krem. Butelka szamponu również nie roztaczała przed nami obietnic egzotycznych przygód.

Ale to było kiedyś, w PRL. Odkąd mamy wolny rynek, proste z natury rzeczy przestały być proste. Aby w chwili obecnej udać się na zakupy należy nauczyć się lawirowania w języku bez żadnego znaczenia. Ojej.

Jesteś brudny i śmierdzisz. Wypada kupić mydło, wejść pod wodę i zrobić swoje (wyjątkowo nie chodzi walenie konia). Ale, ale... nie tak szybko! Najpierw musisz podjąć ważną życiową decyzję: czy chcesz umyć się mydłem z pozoru zwykłym, a może pokusić się o dodatek eukaliptusa lub ekstrakt z kutasa. Chwila... jest też żel pod prysznic... Ale ja, kurwa, nie mam prysznica tylko wannę. Czy to też się liczy? - myślisz i dalej stoisz przed półką jak ostatni Giertych.

Po ustaleniu formy i marki, pozostaje wybrać tylko pożądany zapach: morska bryza, waniliowa ekstaza, leśna polana, a może górska świeżość? Co do chuja?!? Czy ktoś może to przetłumaczyć?

Z drżeniem końcówki prącia czekam na moment, kiedy będę mógł potraktować swoją dziurę w dupie specjalną, stworzoną wyłącznie z myślą o odbycie, wodą zapachową. Wyobraźcie sobie maksimum lansu na dysce, kiedy zajarany kurwiszon uklęknie i zacznie wąchać wam rowa, chwaląc przy tym niebanalny dobór aromatów.

Uważna lektura opakowań (na przykład kawy) dostarcza również interesujących informacji. Można dowiedzieć się z nich o istnieniu czegoś takiego jak klasyczne nowości. Być może po prostu moje wymęczone butaprenem komórki nie pozwalają na ogarnięcie sytuacji, w której coś może być zarówno klasyczne jak i zupełnie nowe. Rozwiązaniem może być również to, że marketingowcy to banda zakłamanych pedałów, którzy cynicznie wykorzystują motłoch. Ale z drugiej strony, jeśli ktoś jest głupi, to czemu by go nie wykorzystać w pełnym majestacie prawa dla własnych celów? Tak, to było pytanie retoryczne.

Jednym z największych osiągnięć skurwieli od market-szajsu było przekonanie milionów debili, że włosy należy myć dwa razy. Tak twierdzi obecnie etykieta każdego szamponu. Geneza tej "rady" jest tyleż złowieszcza, co genialna. Jakaś-tam firma szamponiarska (na pewno z USA, bo w końcu to Nowe Imperium Zła) kazała wymyślić swoim specjalistom od wciskania kitu sposób na zwiększenie sprzedaży. I wymyślili: czynność powtórzyć. Motłoch nie będzie się przecież zastanawiał "po co?".

Najśmieszniejsze, że to wszystko napisał wam pojeb testujący każde nowe piwo, czy softdrink na rynku. Zazwyczaj jednak piwo. I mimo wszystkiego co napisałem powyżej, wolę Balcerowicza niż szare mydło.

Ostatnim przykładem zwycięstwa działu marketingu nad jakimkolwiek zdrowym rozsądkiem jest gówno Durexa, które zakłada się na pindola i podobno jest fajnie. Wcale nie jest.Zjeby!

Czas na bałns!

Fajnie napisałem? No, ja kurwa myślę! Czasami, ale jednak.

Nowe, lanserskie Dziwne Tabletki nie byłyby jednak niczym bez bandy idiotów piszących do nich swoje mniej lub bardziej odkrywcze wynurzenia na temat natury rzeczywistości. Mamy tu anyty-polsko-katolskiego Sado. Mamy zrytego od stóp do beretu MADnessa. Mamy również Rutkowskiego, który - podobnie jak TEN RUTKOWSKI - wylądował na dołku. Ale w przeciwieństwie do TEGO RUTKOWSKIEGO ma do powiedzenia coś ciekawego, nie zawsze miłego. A właściwie to nigdy.

Nie sposób zapomnieć też o Najlepszym Koledze Wszystkich, Nugacie27 barabaniącym kakało wprost z podziałki > do nosa. Jako po wyborcy Pi.Aj.iS. nie można spodziewać się po nim wiele. Mimo to, zaskakuje otwartością zarówno umysłu jak i przepony. No i stanowi nugacią przeciwwagę dla lewicowych odchyłów reszty ekipy.

Kolejność wymienionych zjebów nie jest w żadnej sposób przypadkowa. Bóg tak chciał. A konkretniej - w takiej właśnie kolejności poszerzała się ekipa pisarska DT (Zwyrol został pominięty celowo, ponieważ aktualnie zajmuje się obrywaniem dupą umywalek w czeskich hotelach). Pomyślałby ktoś, na przykład taki So-bitch, że to i tak za dużo debili jak na jedną, zjebaną stronkę. Chuja by tam pomyślał! Ja, Franki, przyciągam czuby lepiej niż wyposzczona suka z cieczką.

Ostatnio w całkowicie prywatnej dyskusji przeprowadzanej przez popularny polski komunikator typu instant, zastanawialiśmy się z Nugatem27, czy za walenie konia Bóg zsyła ludzi do piekła. Pamiętacie, tak mówił ksiądz w konfesjonale, na religii i w kościele. Let me get this straight, oboje z Nugatem jesteśmy chujami wierzącymi, że rzyć ludzka to ni tylko nasze doczesne korpusy, ale też COŚ beyond that. Więc, na Boga!, nasza dyskusja była szydercza, ale nie cyniczna! Nugat27 podsumował całą 5-cio-liniową konwersację w charakterystyczny dla siebie sposób:
To by był niezły gnój, gdyby po śmierci okazało się, że faktycznie Bóg to taki dziadek i sprawdzi, że nie chodziłeś do kościoła i waliłeś konia. I ciach do piekła!
Gay Watch! OK, Nugat27 napisał "bog", ale ja poprawiłem, żeby Romek nas nie zamknął.

Zresztą chuj z tym. Pierdoliłem o naszej ekipie. Rozszerzyła się ona dziś, jak wasza mama przed panem z klatki B (gdy tata idzie do pracy), o kolejnego człona. Człona, tyleż niebanalnego, co banalnego. A konkretniej - banalnego. Chuj ten strzela z dupy niczym strzelec z dupy. Jego imię to Wuj. Wuj Woyti. Nasz Wuj. Wasz Wuj. I chuj.

Pytacie, "skąd wy bierzecie tych wujków?". Z forum. Wuj Woyti wylansował się tam na numero uno, zdobył szacunek ziomów i mokre gacie suczek. Być może nie widać tego po jego premierowym tekście, ale orientuje się w tym zasranym świecie lepiej niż wasi smutni rodzice. I wujki.

Idę się wyrzygać. W Biedronce rzucili Energy Drink Tigera za 1.99 PLN na 1 litr. Wypiłem cały, ale to chyba nie był najlepszy pomysł. Zanim puszcze w klop radosnego spawa, zaproszę was na kolejną, widoczną poniżej, trzecią odsłonę brytyjskich konwersacji. Monolog nowojorskiego anty-czarnucha part II zostaje przeniesiony na następny apdejt, bo i tak mamy tekstów od zarzygania. I jeszcze przypomnę, że rysownikiem DT jest Grey produkujący również postapokaliptyczne koszulki.

czekam na wasze zjebane opinie

P.S. Dzisiejszy update sponsorował producent słowa "bochen".


Idioci w Liverpoolu, part III

Franki: Wiesz, Mój Drogi Kompanie, że Twe rozbryzgi wszelkiego typu zawsze wzbudzają we mnie wielkie zainteresowanie. A opowieści z kolejnego dnia, który było nam dane spędzić razem są przecież nie mniej interesujące niż nawet najstaranniej wyhaftany, jeszcze parujący rzyg. Piękny bezchmurny letni dzień, których parę już w Liverpoolu przeżyliśmy, rozpoczął się, jak to zwykle bywa, niewinnie i nic nie zapowiadało nadchodzących wydarzeń, jakich byliśmy świadkami, a wręcz bezpośrednimi uczestnikami. Pobudka o 5:45 nie jest hitem, ale da się przeżyć, jeśli słoneczko miło praży i czujesz się jak ziarenko kukurydzy, które za parę chwil przeistoczy się w pełnoprawny popcorn. Chcę przez to powiedzieć, że było po prostu ciepło, choć stwierdzenie "kurewsko ciepło" należałoby uznać za znaczne nadużycie. Brak pewności co do naszej pracy w nizinie społeczno-zawodowej oraz brak śniadania nie stanowił jeszcze palącego problemu. Dziarsko maszerowaliśmy przez kolejne ulice delektując się smrodem miasta oraz świeżymi wypiekami będącymi daleko poza zasięgiem rażenia polskich portfeli. "Bo artysta głodny jest bardziej płodny" - twierdzi Kazik S., znany i powszechnie uwielbiany polski wokalista. I rzeczywiście! Kiszki grające marsza jakimś cudem wpłynęły na naszą spruchniałą korę mózgową i doznaliśmy nagłego olśnienia - możemy obrażać ludzi na ulicy bez żadnych konsekwencji!

MADness: Gdyby to była kwestia głodu Drogi Watsonie, na pomysł ten wpadlibyśmy dużo wcześniej, gdyż nie pierwszy to był dzień naszej "angielskiej diety". Już zdradzam jej zasady... Otóż należy nic nie wpierdalać od rana, dużo chodzić po zatłoczonym mieście (najlepiej około 20 - 25km.), mało pić (chodzi o płyny wszelkie, nie tylko o voodę). Gwarantuję w wyniku tej diety Cydr!zachwiania równowagi, ciągłe podminowanie, dynamiczny spadek masy ciała. To ostatnie szczególnie spodobać powinno się tłustym lochom czytającym te słowa, lub też osobom, którym się wydaje iż nimi są. Wracając jednak to tematu - istotnie - pomysł bluzgania ludzi na ulicy i sklepach był przedni i faktycznie wynikać mógł z dłuższego niedożywienia. Jakże swobodnie czuje się człek, gdy kupując np. buty, może soczyście skomentować przy sprzedawcy: "Już bardziej drogie być nie mogły, chuju?". Napięcie psychiczne drastycznie spada i robi się wesoło. Spotkane na ulicy tłuste ludzkie balerony nie wiedzą o co chodzi, gdy człek powie im w twarz jak obleśne są te wypływające fałdy tłuszczu znad paska od spodni. Wiem, wiem - kurewsko jesteśmy odważni, że tak bluzgamy nieświadomych ludzi i zapewne potrwa to do chwili, gdy zgarniemy wpierdol od jakiegoś Polaka lub Ruska, który skuma co mówimy. Ale mamy na to szczerze wyjebane.

Franki: Wyjebane to miała Twoja Mama gdy Cię rodziła! Ha-ha-ha! Ale żarty na bok, bo w końcu mamy zachowywać i przekazywać wiedzę kolejnym pokoleniom Polaków, którzy marzą o podążeniu złotym szlakiem. I kto wie, może nawet po wysłuchaniu naszych przygód i rad rozpoczną karierę na miarę Beatlesów znanych w ojczyźnie pod przykrywką Bitlesi (aby komuniści nie wykryli). Bo co większym dałnom należy uzmysłowić miejsce pochodzenia tego zespołu, za które uchodzi właśnie Liverpool, czyli Wątrobiany Basen.

MADness: Basen, w którym kąpie się coraz więcej Polaków - co niekoniecznie poczytywać należy jako pozytyw, gdyż niestety nie jest to śmietanka intelektualna. Najwyżej skisłe mleko... Trudno inaczej nazwać tłuków, z którymi pracujemy, lub raczej oddajemy się zwyrodniałym Anglikom (o pracy naszej napiszemy nieco później). Jest ich sześciu, poznaliśmy ich w Agencji, lecz wbrew pozorom nie była to agencja towarzyska, lecz pośrednictwa pracy. Nasi krajanie okazali się od samego początku specyficzni, żeby nie powiedzieć przyjebani. Nie chcę zbytnio marnować literek na tych chujów, więc przejdę do konkretnego przykładu. Otóż dwaj z nich nie zrozumieli kilkakrotnie powtarzanego przez pośrednika zalecenia, iż przyjść należy w eleganckich, dla wielu pedalskich, spodniach oraz takichże butach. Oni to olali grubym strumieniem moczu i przyszli w dżinsach oraz w butach niekoniecznie eleganckich - tzn. jeden w adidasach, a drugi w sandałach. I byłoby to niedopatrzenie zaledwie śmieszne, a nie żałosne i debilne , gdyby nie fakt, że koleś te sandały próbował pastować, by stały się bardziej eleganckie. Zdaniem mym powinien wysmarować je kałem - uzyskując lepszy połysk i dość oryginalna fakturę powierzchni. Dobrze byłoby gdyby ten pojeb wypastował je na nagich stopach, może nikt by się nie połapał, że nie ma on na nogach pełnych i eleganckich trzewików.

Żaden parking! Franki: A propos kału! Ładnie dobrane kolorystycznie billboardy rozstawione po całym mieście, informują iż Liverpool w roku 2008 stanie się stolicą kultury europejskiej, żeby nie powiedzieć światowej. Cóż, na moje oko władze mają przed sobą jeszcze sporo roboty. Na początek proponowałbym zrobienie coś z kolesiami srającymi po parku. Na pewno stanowią oni urozmaicenie porannego dżogingu, ale nie jestem pewien czy o takie atrakcje chodzi burmistrzowi, czy innemu chujowi siedzącemu za wielkim biurkiem z sekretarką pod tymże. A może po prostu osobnik wypróżniający się przy nas postanowił zastosować się do Twej rady i chciał wypastować sandały na łonie natury przygotowując zawczasu obuwie na celebrację w 2008.

MADness: Zaiste elegant z niego lub też luźny bolek, gdyż bez żadnych oporów oddawał stolec - przyjmując pozycję "na narciarza". Pominąłeś, Drogi Towarzyszu naszej angielskiej tułaczki, jeszcze jedną ewentualność. Mógł być to Polak, który ze względów oszczędnościowych, stosując wspomnianą już "dietę angielską", oszczędza też na wodzie, papierze toaletowym i chuj wie na czym... Za każdym razem srając w liverpoolskim parku można więc zachować w trzosie kilka cennych pensów, przewietrzyć odbyt lub wręcz oczyścić go w porannej rosie, poznać nowych ludzi, którzy przechadzają się lub biegają. A więc przyjemne z pożytecznym.

Pieprzacz Ciasteczek! Franki: Jestem się w stanie podpisać pod Twym ostatnim zdaniem tylko i wyłącznie z powodu teorii względności. Bo to co dla jednego jest obrzydliwym aktem samoupodlenia dla kogoś innego może stanowić nie lada bodziec, żeby nie powiedzieć "bolec", erotyczny. Porzućmy jednak ten wesoły acz smutny kałotemat za sobą równie szybko, jak zostawiliśmy za plecami wypróżniającego się pana.

W sumie i w różnicy srający pod drzewami ludzie nie są kojarzeni z Anglią tak jednoznacznie jak jedna z jej głównych wizytówek. I nie mam tu ma myśli fish'n'chips owiniętych w poranne wydanie "The Guardian", a raczej ruch lewostronny. Tak, na coś tak debilnego mogli wpaść wyłącznie rodacy Jasia Fasoli, którzy z powodu małych penisów musieli wymyślić jakiś sposób na wyróżnienie się z tłumu prawojeźdźców. Nie wdając się w zbytnie szczegóły, a jednocześnie nie mówiąc ogólnikami, muszę wyrazić jednoznaczną opinie na temat samochodów napierdalających po lewej stronie ulicy - to jest przejebane! Przeciętny gość z kontynentu czuje się jak sarna przebiegająca na drugą stronę ulicy wśród ryku klaksonów i pisku opon. Mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem nie wylądowaliśmy jeszcze na masce jakiegoś Aston Martina... a Ty ziom?

MADness: Zaiste wbrew to logice, gdyż prawie za każdym razem - przechodząc przez ulicę - patrzymy w odwrotną stronę, niż wypadałoby. Olśnienie przychodzi, czy wręcz nadjeżdża zazwyczaj po dwóch krokach. Szczytem było przebiegnięcie przed jadącym na sygnale policyjnym radiowozem, wypchanym spedalonymi angielskimi policjantami, zwanymi tu Bobbys, (co wcale nie dodaje im powagi). To jednak nie koniec niespodzianek związanych z ruchem lewostronnym. Dużym zaskoczeniem może być bowiem dla większości ludzi normalnych, a więc jeżdżących po prawej stronie, widok auta "prowadzonego" przez psa lub dziecko. Rzecz jasna jest to złudzenie optyczne, gdyż nasze przeżarte voodą, chińskimi zupkami i chlorowaną liverpoolską wodą mózgi niesłusznie podpowiadają nam, że stworzenie znajdujące się na lewym siedzeniu to kierowca. Angielski ruch rządzi się jednak innymi zasadami i na chuj się tu zdają nasze doświadczenia z Polski. Jadąc autem w Liverpoolu, siedząc przy tym na przednim fotelu pasażera, srałem w gacie podczas skręcania, gdy wydawało mi się, iż Vaxchuj (angielski odpowiednik Opla), którym jechałem napierdala pod prąd. Cóż, powyższe fakty upewniają mnie, że nie jestem w Polsce, pomimo wszechobecnego języka polskiego.

Kaming ap nekst: zakończenie angielskiej przygody, anglikańskie maciory, przepisy kulinarne, wyspiarska uprzejmość.
   
  Zryte Berety
GALAKTYCZNI FETYSZYŚCI
left click 4 moron's bio & stats
  fioletowe coś Przebierańcy fascynowali mnie odkąd pamiętam. Odkąd wszedłem nieco w świat zboczeń, zwyrodnień i patologii społecznych - oczywiście z socjologicznej ciekawości - zacząłem uważniej przyglądać się tej formie zjebania.
      11 września 2006

Ważne definicje (Czytelniku, sprawdź! Może to o Tobie): Ciswestytyzm (przebieractwo)
Odmiana transwestytyzmu polegająca na ubieraniu się w odzież typową dla innego wieku lub innej grupy społecznej (np. mundury, ubrania dziecięce).

Fetyszyzm
Uzależnienie się od martwych przedmiotów jako bodźców wywołujących podniecenie i satysfakcję seksualną. Wiele tych przedmiotów (fetyszy) stanowi jakby "przedłużenie" ludzkiego ciała, tak jak odzież czy obuwie. Niektóre popularne fetysze wyróżnia rodzaj materiału, z którego są wykonane, jak guma, plastik czy skóra. Mają one odmienne znaczenie dla jednostki. Niektórzy potrzebują ich dla wzmożenia naturalnego podniecenia seksualnego, np. proszą partnera o włożenie jakiejś części garderoby.

Transwestytyzm fetyszystyczny
Zaburzenie to polega na potrzebie noszenia ubrań płci przeciwnej głównie po to, by osiągnąć podniecenie seksualne i mieć wygląd osoby płci przeciwnej. Transwestytyzm fetyszystyczny odróżnia się od transwestytyzmu transseksualnego poprzez wyraźny związek z seksualnym pobudzeniem i silną potrzebą zdjęcia ubrania, kiedy pojawia się orgazm, a pobudzenie zanika. Zaburzenie to może być wyrazem wczesnej fazy w rozwoju transseksualizmu
Elementy potrzebne, składniki niezbędne: - używana bielizna osobnika płci przeciwnej, najlepiej niepełnoletniego - jako fundament gwarantujący odpowiednie podniecenie
- strój szturmowca - rodem z Gwiezdnych Wojen lub zastępczo lateksowy z suwakiem na ryju - rodem z Pulp Fiction (doskonałe dla obu płci - tak fetyszystów, jak i transseksualistów)
- piosenka: Beautiful Christiny Aguilery albo Lumberjack Monthy Pythona
- lustro na ścianie - by zwiększyć doznania
- kamera - by móc przeżywać nagranie, gdy niemożliwe jest przebieranie się (np. w pracy)
Cóż zrytego jest w osobach, które się przebierają? Ano, nie każdy osobnik ubierający na siebie coś dziwnego jest zryty. Są bowiem okazje, które wymagają od nas przebrania się w niecodzienny strój. Spawanie, praca śmieciarza, przecinanie półtusz wołowych i inne, podobnego kalibru wydarzenia wymuszają strój inny, niż zwykle. Powodem jest ochrona ciała przed szkodliwymi czynnikami.

Bal karnawałowy jest wydarzeniem nieco innego kalibru, jednakże jest równie niewinnym powodem ubierania się w dziwaczne ciuszki. Mnie zastanawia jednak i niepokoi kwestia osób przebierających się z nieco poważniejszych, perwersyjnych pobudek i osiągających przez przebieranie się swoiste zaspokojenie. Jak daleko postawiona i jaka szeroka jest granica pomiędzy np. karnawałowym przebierańcem a transseksualistą lub fetyszystą? Niestety, współczesna nauka nie jest w stanie dokładnie tego określić. Pozostaje nam więc jedynie wiedza, iż granica ta jest bliżej niźli się powszechnie zakłada i jest ona momentami niedostrzegalna, a więc łatwa do przekroczenia.

Na gorącym uczynku!Jak zwykle wszystko rozgrywa się w sferze psychiki. To właśnie ona decyduje czy dziwny strój będzie jedynie niewinną zabawą, praktycznym wymogiem, czy też może perwersją i bodźcem w dalszej drodze zwyrodnienia. Zniżając nieco pułap moich rozważań - zryty beret w tej kwestii poznać można po podejściu do swojego przebieractwa. Osoba przebrana nietypowo - np. we wspomniany już strój szturmowca lub nawet w strój osoby o płci przeciwnej (np. facet w sukience mamy, siostry, żony lub córki) - może traktować to jako zabawę, żart, kawał. Jeśli nie dzieje się tak nagminnie i jeśli człek zaiste nie czuje się lepiej przez fakt przebrania się, to faktycznie można wierzyć w zdrowie psychiczne danej osoby i jej niebanalne poczucie humoru.

Co jednak, gdy osoba niezdrowo się podnieca i traktuje przebieranie się bardziej poważnie i nieco zbyt emocjonalnie lub nawet nadaje tej czynności podteksty seksualne? Wtedy mamy już do czynienia przynajmniej z fetyszyzmem. Ten z kolei bywa niestety wstępem do patologii wszelakich. Stawiając obok siebie zboka, który np. ubiera się w bieliznę swojej żony i pląsa półnago po domu z gigantyczną erekcją oraz wspomnianego - może nieco pechowo - szturmowca rodem z Gwiezdnych Wojen, nie mam na celu nikogo obrazić, straszyć, smucić czy też złościć. Chodzi mi jedynie o ukazanie, że patologiczne zachowania zaczynać się mogą bardzo niewinnie. Ot, drogi kawałek plastiku założony na siebie dla hecy staje się w pewnym momencie przyczynkiem do zmian w sferze osobowości. Nagle szczególnie ważne staje się polerowanie ochraniaczy na golenie, czyszczenie atrapy karabinu laserowego i prężenie się o 4 rano przed lustrem w pięknym, jakże męskim stroju, ze sztandarem w ręce.

Niesie to ze sobą niemałe zagrożenia. W pewnym momencie osobnik (np. męski) dotknięty zaburzeniami tego typu może mieć problemy z erekcją, gdy nie czuje charakterystycznego zapachu, dotyku jego stroju, gdy w pobliżu nie łopoce piękny i uwielbiany sztandar. Seks z osobą bez idiotycznego stroju na sobie lub choćby w pobliżu może okazać się mało satysfakcjonujący.

Ale to jeszcze nie wszystko! Jak wiadomo, człowiek dąży z czasem do wzmacniania bodźców, które okazują się w pewnym momencie niewystarczalne. Stąd np. sado-masochiści starają się wynaleźć bardziej bolesne i wymyślne techniki wzajemnego się karania. Pedofilom nie wystarcza obnażanie się i szukają kontaktu fizycznego z małoletnimi ofiarami itp. Podobnie jest z przebierańcami. Ludzie zryci na tym punkcie, przebierając się w dziwaczne stroje, zdają sobie początkowo sprawę, iż to jedynie udawanie dla zabawy. Jednakże po pewnym czasie patrzą na siebie już nieco inaczej, zapominając, że pelerynka, plastikowa osłona na korpus lub sztuczny chuj nie czyni z nich ulubionych, wymarzonych i tak usilnie podrabianych bohaterów. Rozdzierają się wewnętrznie i zakładając strój, stają się innymi i lepszymi - we własnym mniemaniu - osobami.

Dalszym etapem zjebania tejże społeczności jest dążenie do powszechnej akceptacji i uznania. Z czasem dochodzi do paradoksu i prężący się w idiotycznym stroju debil oczekuje szacunku dla swojego zjebania i nazywa debilami tych, którzy mają z niego bekę. Wzbudza to jedynie moją troskę i lęk o takie jednostki oraz motywuje mnie do głośnego wyrażania tejże troski i obaw, gdyż nie jest mi obojętny los osób ze zrytymi beretami, a gwiezdni fetyszyści stanowią wśród fetyszystów i transseksualistów grupę elitarną i szczególnie mi bliską.

Nie twierdzę jednak, że każdy, czy też może większość ludzi w strojach to zboki. Nie ma na ten temat badań, ale
można zakładać, że jedynie mały procent tej grupy ma zryty beret, a reszta cieszy się względnym zdrowiem. Jednakże, kierując się w życiu tą szczególną wrażliwością i silnie zakorzenionym personalizmem, uważam za obowiązek nas wszystkich, by otoczyć troską i ciepłem osoby, które w sposób żałosny, chory i patologiczny pojmują zabawę w przebieranie się.

Z Braterskimi Pozdrowieniami

czekam na wasze zjebane opinie

------------------
Lumberjack
Słowa i muzyka: Monty Python

------------------

Drwal:
I'm a lumberjack and I'm OK.,
I sleep all night and I work all day.

Chór:
He's a lumberjack and he's OK.
He sleeps all night and he works all day.

Drwal:
I cut down trees, I eat my lunch
I go to the lavatory.
On Wednesdays I go shopping
and have buttered scones for tea

Chór:
He cuts down trees, he eats his lunch
He goes to the lavatory.
On Wednesdays he goes shopping
and has buttered scones for tea.

He's a lumberjack and he's OK.
He sleeps all night and he works all day.

Drwal:
I cut down trees, I skip and jump
I like to press wild flowers.
I put on women's clothing
and hang around in bars.

Chór:
He cuts down trees, he skips and jumps
He likes to press wild flowers.
He puts on women's clothing
and hangs around in bars.

He's a lumberjack and he's OK
He sleeps all night and he works all day.

Drwal:
I cut down trees, I wear high heels
Suspenders and a bra.
I wish I'd been a girlie,
just like my dear pappa.


------------------------
Beautiful Christina Aguilera
------------------------

Don't look at me

Every day is so wonderful
And suddenly, i saw debris
Now and then, I get insecure
>From all the pain, I'm so ashamed

I am beautiful no matter what they say
Words can't bring me down
I am beautiful in every single way
Yes, words can't bring me down
So don't you bring me down today

To all your friends, you're delirious
So consumed in all your doom
Trying hard to fill the emptiness
The piece is gone left the puzzle undone
That's the way it is

You are beautiful no matter what they say
Words can't bring you down
You are beautiful in every single way
Yes, words can't bring you down
Don't you bring me down today...

No matter what we do
(no matter what we do)
No matter what they say
(no matter what they say)
When the sun is shining through
Then the clouds won't stay

And everywhere we go
(everywhere we go)
The sun won't always shine
(sun won't always shine)
But tomorrow will find a way
All the other times

'cause we are beautiful no matter what they say
Yes, words won't bring us down, oh no
We are beautiful in every single way
Yes, words can't bring us down
Don't you bring me down today

Don't you bring me down today
Don't you bring me down today
   
  Koszulki Dziwnych Tabletek!


   
W Poszukiwaniu Prawdy i Drogi
11 września 2006 13:29

Więc nie martw sięęęęęęęęę
Uśmiechnij sięęęęęęęęęęę!
- śpiewa Doda wspinając się na wyżyny artyzmu dostępne tylko pradawnym Jaziom-Kleniom (to takie ryby, które udusiły się kiedy Noe ułożył je na pokładzie arki usiłując ocalić je przed potopem). Dlaczego o tym wspominam? Są trzy powody. Po pierwsze cieszę się, że ktoś wreszcie zauważył, że słowo "się" rymuje się do "się". W ten sposób otrzymaliśmy tak czysty, wysublimowany i nieskazitelny rym typu AA, że aż na człowieka spływa zrozumienie, dlaczego w języku niemieckim "aa" znaczy dokładnie to samo, co po polsku "ee", czyli "chce mi się kupę, a nie mówię pełnym zdaniem, bo jestem cholernym niemowlakiem". Jaka będzie przyszłość tego niemowlaka? Nikogo to nie obchodzi. Niech w ogóle spierdala, czego on tu chce? To nie o nim referat ani nawet rozprawka!

Drugi powód jest taki, że skoro pojawił się rym, to mamy do czynienia z wierszem. Zatem wystarczy, że wrzucę jeszcze jakąś rymowankę w środku lub na końcu i każdy matoł, który przeczyta ten felieton, będzie mógł się chwalić, że umie czytać między wierszami. I będzie miał pretekst żeby opowiadać wszystkim, jaki to jest inteligentny i jakie też znajduje teksty na DT, które nie każdy jest w stanie zrozumieć, ale on tak, "bo to strona dla inteligentnych czytelników"! Czyli niby dla niego, mimo że w nagłówku jest wprost napisane, że to strona dla idiotów. Bo przecież "autorzy strony puszczają do niego perskie oko"! Tak to już jest, że przyszło nam żyć w czasach, w których ludzie nie rozróżniają perskiego oka od pawia.

Trzecim powodem jest fakt, że przed chwilą widziałem reklamę telewizyjną, w której powiedzieli, że proszki do prania są u nas tak samo skoncentrowane jak w Unii Europejskiej, po czym puścili hymn tej organizacji. Tak mnie to ucieszyło, że aż nagotowałem sobie brukselki na obiad i jadłem ją z miną super spryciarza, ciesząc się, że rozmaite aluzje potrafię wyrazić nie tylko słowem, ale i gestem! Niestety tak naprawdę sam nie wiem, co chciałem w ten sposób powiedzieć. Zaprotestować przeciwko czemuś, czy może poprzeć jakąś ideę? A może po prostu bezgłośnie śpiewałem Rotę, dodatkowo wspierając się mimiką? Nikt tego nie wie. To tyle tytułem wstępu.

Teraz należałoby napisać coś śmiesznego, co rozbawi tłum. Bo jak mawia Goethe, którego świetnie czyta się na kiblu, ponieważ już po czterech pierwszych wersach gówno ucieka z dupy na złamanie karku:

Chciałbym tłumom dziś się przypodobać,
Zwłaszcza, że żyjąc pozwalają żyć

I dalej:
Gdy przed oczami dużo się rozgrywa,
Aż zadziwiony tłum wokoło trwa,
To popularność szeroką zdobywasz,
Podziwia cię i lubi świat.


A ja jak każdy Europejczyk pragnę, żeby mnie podziwiano i lubiono! To taki trend - najlepiej wziąć udział w paradzie i na ruchomej platformie eksponować swoją sylwetkę w rytm muzyki techno! Albo na tle tęczowej flagi. Niestety, słabo wychodzi mi pląsanie, bo nie mam wyczucia rytmu, więc muszę szukać innych dróg. Np. wstawiać wiersze w treść felietonu abyście (jak już pisałem, ale powtarzam, żeby dotarło do mniej bystrych) mogli czytać między wierszami. Trzeba w kółko gadać to samo! Zupełnie jak w wiadomościach w TV. Dzięki temu 90% społeczeństwa utożsamia to, co słyszała w TV ze swoją opinią na dany temat. Podobnie jest w przypadku tego promila internautów którzy czytają dziwne tabletki: myślą to, co każe im Franki. Np. że Kuba Wojewódzki jest fajny, podczas gdy tak naprawdę to intelektualny uciekinier z dupy osoby czytającej na kiblu pierwsze wersy Goethego.

No, ale wróćmy do bawienia tłumu. Najlepiej użyć słowa "Lepper" albo "Giertych", bo wśród plebsu istnieje taka niepisana umowa, że słysząc te nazwiska należy się śmiać oraz czuć się lepszym na swoim opierdziałym krześle i ze swoją głupią gębą. Ja jednak nie pójdę na łatwiznę, lecz podejmę polemikę ze znanym badaczem niewyjaśnionych zagadek prahistorii Erichem Von Danikenem! Twierdzi on, że Bóg nie zesłał manny z nieba wędrującemu narodowi wybranemu, lecz zrobili to kosmici zrzucając ze swych statków odpowiednio spreparowany pokarm. Faktycznie, teoria ta zdaje się mieć logiczne podstawy - dobre stosunki z danym narodem mogą zapobiec rozmaitym konfliktom i nieporozumieniom - ot chociażby oskarżeniu o wspieranie Hamasu a co za tym idzie bombardowaniom jonowym przedszkoli i szpitali na rodzimej planecie.

Ja myślę jednak, że historia z manną wyglądała zupełnie inaczej a kosmici nigdy nie odwiedzali Ziemi. Dowód braku kontaktu to zdjęcia i filmy przedstawiające wiszące na żyłkach niezdarnie animowane modele, oraz wyraz twarzy osób przedstawiających relacje ze spotkań z przedstawicielami obcej cywilizacji, predestynujący je co najmniej do otrzymania renty, jeśli nie do udziału w jakiejś poprawnej politycznie para olimpiadzie szachowej dla ludzi wciskających sobie piony w tyłek i cewkę oraz walących się w głowę planszą. Otóż uważam, że jakaś nadrzędna istota zawiadująca odpowiednim obszarem galaktyki (Bóg?), po stworzeniu naszego gatunku poszła na śniadanie, gdzie zaoferowano jej kaszkę mannę. Kiedy wróciła przyjrzała się uważnie owocowi swojej pracy, prześledziła historię rozwoju ludzkości i po prostu puściła pawia. A ludzie to zjedli, ponieważ konsumpcyjny model życia obowiązuje na Ziemi od zawsze. Dlaczego paw opadł na tu akurat w czasach biblijnych pozostaje tajemnicą. Możliwe, że właśnie w tamtym obszarze czasoprzestrzeni kończy się tunel boskiego zsypu na śmieci lub raczej jakaś rura kanalizacyjna (tłumaczyłoby to także plagę much i wrzody na ciele Hioba). Jednak to nie konsekwencje skażenia środowiska stanowią istotę omawianego tu problemu, tylko przesłanie, że istota duchowa lub po prostu człowiek o głowie wystającej nieco ponad poziom szarej masy może się na resztę co najwyżej wyrzygać. (Tutaj pojawia się okazja do wyrażenia opinii, że ten, kto zrobi to z finezją zasłuży na członkostwo w klubie cityvomiterów. Jednak to nie prawda, bo z tego co wiem do klubu przyjmowany jest każdy idiota).

I co teraz? Co zrobić, aby nie budzić takiej odrazy? Czy wystarczy być apetycznym, czystym i schludnym? Użyć reklamowanego w środkach masowego przekazu dezodorantu i mydła oraz założyć kolorowe ubranie z modnego sklepu? A może nachlać się piwa i założyć koszulkę z napisem "mam wyjebane?" Czy należy przyłączyć się do któregoś z chórów: tych, co nie lubią Microsoftu, wyśmiewaczy Kaczorów, klęczących przed papieżem, kochających Dalaj Lamę, odżywiających się światłem, zwolenników lustracji, wyznawców teorii spiskowej, komuchów, neonazistów, liszajów na dupie? Może być sobą, a może dołożyć wszelkich starań, aby stać się kimś innym? Czy w międzyczasie można walić konia? Jak odróżnić rozwój od upadku? Może podpiąć się pod jakąś subkulturę? A może nigdzie się nie podpinać i być jak Thorgal Aegirson?

Można stawiać miliony podobnych pytań, a największą tragedią ludzkości jest fakt, że odpowiedź na wszystkie jest znana od tysiącleci i brzmi "chuj wie".
To tyle. Jestem przekonany, że felieton zachęci Was do głębokich przemyśleń i wielu pozwoli odnaleźć drogę do mądrości. Hahaha! Przepraszam, że to powiedziałem. To naprawdę okrutny żart.
Na koniec jeszcze jeden obiecany wiersz. Napisał go niejaki Glujo. A tymczasem pozdrawiam i życzę powodzenia w para olimpiadach szachowych!


Lśnienie zup

Wśród zup, co lśnią
Wśród deszczu lin
Zobaczysz tą, co zjada glin

By trawę żreć
Czerwienią drżeć
Podziwiać głos i spłodzić los!

Uważaj więc na czarny sok
Co krwią obluzgał własny dom!!
A gdy zjeść zechcą twoją zupę
Spowrotem wyssiesz ją przez dupę!
   



PRZYWRÓĆMY GÓWNU NALEŻNE MU MIEJSCE!

   Jestem jak pies. To znaczy uwielbiam stawiać kloce
   (czyli znaczyć teren) w miejscach, gdzie się pojawiam.
 
 

Pójdźmy dalej - uwielbiam stawiać kloce gdziekolwiek i kiedykolwiek. Uwielbiam siedzieć w kiblu,
kokosić się w aurze miłego mi smrodku, czytać poranną prasę (albo kobiece magazyny ze znanymi dupami)
i kontemplować. A potem zaglądać na kiblową półeczkę i patrzeć jaką to wróżbę dziś wyczytam z kształtu guana.

Gówno jak miłość - ma wiele twarzy. I jak miłość, przychodzi znienacka, czasami wcale nie chcemy, by się pojawiło (stąd słynne kleksy, wypadające w nieodpowiednim momencie - zapraszam na nasze forum).
Ten dumny Bałwan z Brązu towarzyszy nam całe życie - choć na jego początku i końcu stawiamy go niestety bezwiednie (spójrzcie teraz na swoje babcie - a nuż siedzą właśnie na litrze płynnej sraki?).

Cała ludzkość stawia kloce - płynne, stałe, duże i małe. Dajmy sobie na razie spokój z pytaniem: gdzie ono się mieści (kurwa - przecież tymi ilościami sraki można by zlikwidować deficyt żywieniowy Afryki!)
Komandosi, aktorzy, posłowie, modelki - wszyscy srają na potęgę. Nawet nasz umiłowany (padnij!) Papa JP II (powstań!) musiał niechybnie stawiać kloca co rano. Ciekawe, czy i co czytał podczas kręcenia brązowej kaszany- Biblię czy "Fakt" czy "Stare sępy i młode kurki"?
I tu nasuwa się moje pytanie - czemuż, ach czemuż wszyscy się tego gówna brzydzą??? Czemu odwracamy głowy, gdy widzimy psią kupkę na chodniku, czemu wstydzimy się zajrzeć do klopa, by zobaczyć, jaki to behemot straszliwy wylazł nam z dupy?

SrajStary złodziej i kurwa, co ściągała pomysły z Freuda - Erich Fromm, w swojej książce "Serce człowieka" pisze o miłości śmierci, którą porównuje do miłości analnej, rozkładu, odchodów. Że niby źli ludzie fascynują się kupą.
Domyślam się, że Fromm był starym chujem i impotentem, który nigdy nie zapiął żadnej laseczki w dupę, dlatego nie wiedział, co dobre. Bo jak można mieć złe skojarzenia z naszą czekoladą, jeśli właśnie wyjęliśmy ściekającego spermą kutasa z odbytu pięknej laski, na którym widać kawałki gówna? Boże - czasami się zdarza!!!
Albo stawianie porannego kloca - cóż może być przyjemniejszego od skręcenia potężnego batona wielkości Kiełbasy Podkrakowskiej? I ten lekki ból w trzewiach, gdy nie możesz się zgiąć, bo kloc właśnie utknął w pobliżu mięśni brzucha. A potem - wychodzi! Czujesz ten luz w dupie? No! Więc bądź wdzięczny kupie!

Dlatego - proszę Was wszystkich - nie wstydźcie się waszej osobistej fabryki czekolady. Gdy wychodzicie z kibla w barze, nie pochylajcie wstydliwie głowy!
Idźcie dumnie, gdyż po raz kolejny wydaliście na świat coś wartościowego! I nic lepszego wam w życiu nie wyjdzie!

A gdy usiądziecie w sraczu w swojej pracy czy uczelni i usłyszycie głos w kabinie obok, na Boga! nie zaciskajcie pośladów, próbując cichym stylem samuraja wycisnąć chyłkiem cienkiego wężyka lub kilka orzeszków. Walcie śmiało w muszlę niczym w werbel! Pierdźcie, srajcie, sadźcie pod sam sufit, dodatkowo głośno komentując, co tam wychodzi: "Ach kurwa, ale mnie piecze!", albo "Doskonałe wejście do wody tego zawodnika!". Niech wiedzą giertychy, żydy i pedały, że nie z jakąś popierdółką mają do czynienia, a prawdziwym Mistrzem Gówna i Tytanem Brązu.

Nie na darmo Richard Rynkowski śpiewa: "Dziewczyny lubią (w) brąz!" Stary wilk, a wie co dobre!

Ok. - na dziś wystarczy. Kończę, bo jak się domyślacie, coś mi puka do nieba bram. Następnym razem opiszę jakąś szaleńczą przygodę, związaną z gównem. A teraz - Żegnam!
I pamiętajcie - Została jeszcze Kupa do zrobienia!
 
left click 4 moron's bio & stats   Co z tą Polską, kurwa?
OD CZEGOŚ TRZEBA ZACZĄĆ
 
Od czegoś trzeba zacząć. Zacznę więc od tego, że niniejszy tekst nie jest adresowany do mojego kolegi /?/ z Dziwnych Tabletek - niejakiego Wujka Zwyrola.
   
left click 4 moron's bio & stats
left click 4 moron's bio & stats
    11 września 2006

Król Ból! W sumie do nikogo nie jest adresowany i to nie dlatego, że jakoś szczególnie bliskie jest mi hasło propagowane przez Frankiego - "mam wyjebane", ale raczej dlatego, że nie spodziewam się jakiegokolwiek zrozumienia od polskiego społeczeństwa. Ale już na pewno nie spodziewam się go po wspomnianym Zwyrolu, który inteligencje ma wypisaną na twarzy /dla niezorientowanych poglądowe zdjęcie obok/, a którego zwyrodniałe akcje są dla mnie tak fascynujące i emocjonujące jak polski futbol.

Skoro już jestem przy polskim futbolu, to czemuż nie miałbym na chwilę się przy nim zatrzymać?

To piękne i wzruszające jak znowu Polska błysnęła na Świecie. Naprawdę rozpiera mnie duma, że tak ambitnie walczyła jak to się mówi: NASZA /nie moja, kurwa mać!/ drużyna.

Zastanawiałem się jak płaciłem za paliwo na stacji benzynowej, co czuje obsługujący mnie pracownik tejże stacji, który od rana do wieczora musi chodzić w t-shircie reklamującym polską waleczną drużynę napisem "zagrajmy wreszcie jak kiedyś". Nawet po drugim przejebanym z kretesem meczu nadal musiał w tym chodzić. Tytułem wyjaśnienia. Gardzę tym sportem dla kretynów, jakim jest piłka nożna /zwłaszcza w ojczystym wydaniu/ i kompletnie się tym nie interesuję, a jednak wiem o tych przekurwionych meczach, bo nie sposób uciec przed tym ścierwem. Kioski ruchu oklejone gazetami na najwyższym poziomie intelektualnym typu "Fakt" jednak rzucają się w oczy, a i w sklepie monopolowym toczyły się ożywione dyskusje na ten pasjonujący temat. Stąd wiem.

Piękne również były te biało-czerwone flagi, które dołączone były do wyśmienitego, wyszukanego w smaku i prawdziwie polskiego superpiwa marki "Tyskie". Przykryły całą pijaną Polskę jak śnieg przykrywa kościoły w Boże Narodzenie. Pięknie i nastrojowo.

I tak tylko czekałem, kiedy je pościągają. A tu nic! Pierwszy meczyk przejebany - flagi wiszą. Drugi meczyk przepierdolony - flagi wiszą dalej. Wisiały jeszcze długo po powrocie super bohaterów do kraju. Małe, głupie dzieci dalej biegały w kretyńskich biało - czerwonych wdziankach z napisem "POLSKA". Dorośli, niespotykanie inteligentni przecież dresiarze też je nosili. Tak, jakby byli dumni. Ale z czego, kurwa?! Że w ogóle polska drużyna kopnęła piłkę? To tak, jakby dowiedzieli się, że ich żony pierdolą się z całymi stadionami i dalej twierdzili, że je kochają, bo ślubowali wierność przy panu księdzu. Jakie to, kurwa, wielkoduszne!

Tak, jak wielkoduszny, naród polski jest tolerancyjny. Znamy tę tolerancję Polaczków choćby wobec gejów, którą publicznie wypomniał nawet niejaki Elton John podczas swego show na superfestiwalu w Sopocie. Najpierw ucałował wąsatą mordę Lecha Wałęsy, a później oznajmił Polsce, że jest gejem i zaapelował o tolerancję. Jakiż to musiał być policzek wymierzony w ten katolski motłoch, który kocha Wałęsę - symbol boga, honoru, ojczyzny, rodziny i innych wyświechtanych do zarzygania sloganów... Światowa Parówa nr 1 - Elton John całuje i ściska się z Lechem Wałęsa, a za sekundę mówi, że jest gejem i prosi, żeby Polacy byli tolerancyjni. Nabrałem szacunku do Wałęsy, nawet jeśli nie wiedział, co Elton zamierza. Ja nabrałem szacunku do Wałęsy, ciekawe ilu go straciło...

Ale to dygresja, bo miało być o tolerancji.

Żona moja, lat 20, lubi niebanalne, kolorowe ubrania. I nie chodzi tu o fioletowy latex o kroju habitu zakonnicy. Nosi krótkie spódnice, czerwone rajstopy, albo pończochy, pomarańczowe bluzy, albo coś ze srebrną czaszką. Nic wielkiego. Ale okazuje się, że dla mieszkańców kraju, który jest częścią zjednoczonej Europy w XXI wieku są to rzeczy nie do przyjęcia. Ten jebany, polski motłoch, pokazuje ją sobie palcem i śmiejąc się mówi: "TY! ZOBA! ALE BEKA! Czerwone nogi! Jak bocian. I czerwone usta!" I tak jest na ulicy, w sklepie, wszędzie. Ohydne, ścierwiaste szmaty spod klatki schodowej z tłustymi, galaretowymi brzuszyskami i obwisłymi dupami odziane w chujowe, tanie łachy typu błękitne rybaczki i różowe tandeciarskie bluzeczki z napisem "Sexy Angel" /stringi, biały pasek i japonki z cekinami obowiązkowe!/ wytykają palcem z akrylem za dwie dychy kogoś, kto ośmieli się wyglądać inaczej.

W wakacje byliśmy parę tygodni za granicą. Głownie w Holandii. Tam jakoś nikogo nie dziwiła krótka spódniczka w kratkę, podkolanówki w czaszki i czerwone usta. Dopóki na malutkiej uliczce w Haarlemie nie usłyszeliśmy jak najbardziej po polsku: "Ty, zobacz! Ta chyba do szkoły idzieeee, he, he, he!!!"

"De gustibus non disputandum est", czyli, że o gustach się nie dyskutuje.

Niby jest to prawda, ale chyba jednak jakoś nie do końca. Jean Michael Jarre nagrywa od ponad 30 lat. Nie pamiętam, żeby któraś z jego płyt była megahitem w tym przeklętym Kraju Nad Wisłą. Jasne, że ma swoich fanów, jest w radio kilku redaktorów, którzy już dekady temu grali jego utwory, ale jakoś ulubieńcem publiczności nigdy nie był. Ale ktoś wpadł na pomysł, żeby go ściągnąć do gdańskiej stoczni. Pewnie był najtańszy. Jarre przyjechał, zagrał numer polskiego barda wszechczasów z kliki Henryka Jankowskiego i oto mieliśmy rekordową frekwencję. Wydano z tego płytę, polska swołocz kupowała, bo jakoś tak święta Bożego Narodzenia były i mega hit gotowy. Bo zagrał coś polskiego. A polskie, to dobre, o czym dowiaduję się codziennie w sklepie spożywczym z opakowań mleka, chleba, masła, sera, chabaniny itd. Na miliardzie produktów z daleka dumnie powiewa flaga polska.

David Gilmour - najchujowszy wokalista wszechczasów najbardziej przecwelonego bandu wszechświatów - Pink Floyd, do udziału w nagraniu swojej odkrywczej, wybitnej, wręcz genialnej, solowej płyty zaprosił Polaków - Zbigniewa Presnera i Lecha Możdżera, skąd inąd bardzo fajnego gościa i naprawdę rewelacyjnego muzyka. Zagrali, bo taką mają robotę. Może nawet lubią Gilmour'a. Ich sprawa. Długo przed nagraniem tej skurwiałej, szmatławej, nie wartej nawet obrzygania płyty wiedziałem, że będzie to wielkie wydarzenie w Polsce. Bo grają Polacy. Sprawy zaszły dalej. Zaproszono tego kompletnie, totalnie, absolutnie bez jaj nudziarza i szmaciarza do Polski. Do Gdańska. Tak, jak Jearre'a. Wykonano potężną ojczyźniano-solidarnościową nagonką i społeczeństwo żądne przecież wielkiej sztuki i wielkich uniesień na miarę polskiego futbolu polazło do stoczni. Proste jak konstrukcja polskiej flagi narodowej.

Kto następny? Zobaczymy. Stawiam na Stinga, U2, Dire Straits, albo inną "bezpieczną" megasupergwiazdę bez wyrazu, charakteru, czegokolwiek.

Mam prawo tak myśleć, mówić, pisać, bo w końcu żyję w wolnym kraju i wolność wypowiedzi gwarantuje mi konstytucja. Poza tym: "de gustibus non disputandum est".

Zespół KISS /glam rock, hard rock, heavy metal, reasumując: rock'n'roll/ miał zagrać w Polsce. Jakoś w 1998-1999 roku. Dokładnie nie pamiętam, ale w okolicy wydania swego albumu "Psycho Circus", nagranego w oryginalnym składzie. Reaktywacja zespołu, powrót do jednego z najsłynniejszych image'ów w historii, niepowtarzalny show na żywo. Na całym świecie bilety na koncert znikały w kilka minut. Kilkadziesiąt tysięcy. I chociaż ja i moi kumple bilety kupiliśmy w pierwszym terminie, to koncert został odwołany z powodu braku zainteresowania. To samo spotkało Davida Bowie, co zabolało mnie jeszcze bardziej, bo na tym koncercie miałem robić zdjęcia.

We wrześniu podobno wystąpi w Polsce zespół Duran Duran. Kocham ten band od ponad 20 lat, czego wielu moich znajomych nie rozumie. Odruchowo chciałem kupić bilet. Ale zaraz pomyślałem: przecież to niemożliwe, żeby 30-40 tysięcy Polaków kupiło bilet na jakieś Duran Duran. Dodam tylko, że załoga z Birmingham po powrocie do oryginalnego składu sprzedaje bilety w 3-4 minuty, a ostatnią płytę /"Astronaut"/ nabyło ponad 2 miliony ludzi.

Okazało się jednak, ze biletów nie można kupić w ogóle. Ale można je dostać za darmo w wyniku LOSOWANIA od organizatora koncertu, czyli od Telekomunikacji Polskiej. Ale żeby dostać, trzeba mieć neostradę albo livebox. Paragraf 22? Nie. Raczej zwykły faszyzm. Zainteresowanych odsyłam do zapewne znanej strony www.tp.pl

Ktoś to chyba dobrze przemyślał. Bilety i tak się nie sprzedadzą, wiec dajmy im za darmo, czytaj: niech kupią od nas usługi, a my im damy piknik rodzinny z megagwiazdą. Dorzucimy do tego ekstremalnie śmierdzące polskie gówno w postaci Myslovitz i ekstremalnie syfiaste polskie rzygowiny zmieszane z petami w postaci Sistars i wilk będzie syty /T.P.S.A./ i owca będzie syta /M.O.T.Ł.O.C.H./.

I chociaż przeraża mnie myśl o wzięciu udziału w pikniku rodzinnym, na który przybędzie kwiat polskiej inteligencji, który dzień wcześniej śmiał się do łez na wystąpieniu niedorozwinętego Marcina Dańca /wąs na ryju/, a dwa dni wcześniej nagrodził owacją na stojąco Jerzego Kryszaka /wąs na mordzie/, to nie mam wyjścia. I tak nie wierzę, że ten koncert się odbędzie.

Chociaż może i się odbędzie. To przecież nie jest koncert rockowy, tylko PINKIK RODZINNY. A w czym Polacy są najlepsi? Właśnie w organizowaniu pikników, biesiad, wieców wyborczych, uroczystych mszy świętych i pielgrzymek na Jasną Dupę.

czekam na wasze zjebane opinie
   
wyślij swoją debilną opinię do debila portfolio Sado
OCZEKIWANIE NA OSTATNIE TCHNIENIE      
   
   

Ojciec umiera i nikt już nic nie może dla niego zrobić. I bardzo dobrze. Stary zasłużył sobie na to. Rak który zżera jego wnętrzności, jest karą wymodloną, przeze mnie, matkę i siostrę. Teraz wszyscy warujemy przy jego łóżku, wpatrując się w to coś żałosnego, co z niego zostało. A niewiele tego jest. Ledwie trochę kości powleczonych czymś białym, co kiedyś było skórą, a co teraz wygląda jak kuchenna cerata. Nikt z nas nie czuję żalu, patrząc na tego żywego jeszcze trupa. Nasze uczucia, generalnie, dalekie są od współczucia. Ten facet co leży pod tą zasyfiałą, cuchnącą potem pościelą nie zasłużył sobie na nie. Nawet teraz, gdy jest w takim stanie, mam jedynie ochotę skopać mu dupę.

Stary był zawsze uparty, złośliwy i wredny. I takim, oczywiście, musi pozostać do końca. Nawet kostucha musi poczekać na swoją kolej. Najpierw my musimy wystać swoje przy jego wyrze, wkurwiając się na maksa. Staruszek zadaje nam tym samym ostatnie cierpienie. Opiera się śmierci jak tylko może nadwyrężając naszą cierpliwość. Przynajmniej w ten sposób może się, po raz ostatni, poznęcać nad nami.

Księdza nikt z nas do starego nie wzywał, przylazł sam, przypadkiem, bo był akurat z ostatnią posługa u kogoś innego na oddziale. Chyba poprosiła go o to któraś pielęgniarka, myśląc pewnie, że wyświadcza nam tym przysługę. Pierdolona samarytanka. Klecha wysmarował czymś starego, poklepał nad nim jakąś modlitwę, złożył nam wyrazy ubolewania, wyrażając nadzieję, że ojciec dostąpi łaski niebieskiej i poszedł sobie, nieświadomy, że doszczętnie zjebał nam nastroje. Nie na rękę nam było jego u Boga wstawiennictwo za ojcem. Naszym wymarzonym miejscem dla tego gnoja, jest to, którego każdy wierzący się boi. Przynajmniej ja mam nadzieję, że jeśli piekło istnieje, diabły już szykują dla niego osobny kocioł, w którym będą do końca świata gotować w smole jego stare dupsko. Jeśli tak się stanie, ja też chcę tam po śmierci trafić. Nawet jeśli jakimś cudem nie zasłużę na piekło, to i tak pójdę tam z własnej i nieprzymuszonej woli. Chcę osobiście dbać o to, żeby ogień pod kotłem tatusia zawsze jarał się na potęgę.

Patrzę na matkę i widzę na jej twarzy podobne życzenia. Jej myśli są aż nazbyt czytelne. To że tu jest, cały czas warując przy tym gnijącym ścierwie, to dalszy ciąg odgrywania przedstawienia - tej sztuki życia, której mój stary był autorem. Według niej byliśmy kochającą się rodziną, pełną ciepła i harmonii. Zmuszani przez ojca odgrywaliśmy ją dla otoczenia, głównie dla jego kumpli i znajomych, którzy często zazdrościli mu tak wspaniałej rodzinki, nie zdając sobie sprawy, jak wielkie dramaty skrywała ta szczęśliwa otoczka. Ojciec był sadystą i tyranem. Bił matkę i nas, przez całe życie. Torturował fizycznie i psychicznie. Ze strachu tańczyliśmy jak nam grał, choć pogardzaliśmy nim, jak tylko mogliśmy najmocniej. Czciliśmy przed innymi starego jak bohatera, bojąc się komukolwiek ujawnić jego prawdziwe oblicze. Jak często nam powtarzał, spotkałaby nas za to kara, o wiele większa, niż ta spotykana przez nas na co dzień.

A teraz, gdy w końcu zdycha i gdy możemy się na niego wypiąć, jest nam wszystko jedno. Zdecydowaliśmy się grać do końca. Dalej odstawiamy więc przed światem kochającą się rodzinę, opłakując umieranie jej głowy. Bo po co komu wiedzieć, jak było naprawdę? Stary i tak odwala w kalendarz, więc co nam zależy pociągnąć to jeszcze jakiś czas. Na nas i tak już potem czeka święty spokój, a na starego wielkie X, gdzieś za kurtyna, poza którą nareszcie przestanie grać główną rolę.

Mam zamiar nie powiadamiać o jego śmierci rodziny, jego kumpli, ani nie zamieszczać w prasie nekrologów. Chcę, żeby za jego trumną poszła tylko nasza trójka. Nie chcę żeby czasem jakieś szczere łzy płynące z jakiegoś nieświadomego serca zepsuły mi wielką radość tego dnia, przyćmiły całe jego piękno. Jeśli więc wszystko pójdzie dobrze, nikt oprócz nas i obojętnych pracowników zakładu pogrzebowego nie pójdzie w żałobnym orszaku. Jestem pewien, że nawet nasi najbliżsi sąsiedzi nie ruszą dupy, żeby go pożegnać. Przynajmniej oni z zewnętrznego świata nie byli ślepi i widzieli i słyszeli, co się u nas działo. Ale nawet oni zbyt się go bali, żeby w jakiś sposób nam pomóc. Uważali go za niebezpiecznego psychola (którym był bez dwóch zdań) i woleli trzymać się od niego z daleka. A jeśli nawet któryś z nich przyjdzie na cmentarz, to po to samo co my. Aby nacieszyć oczy, gdy grabarze będą spuszczać truchło ojca do grobu. Może nawet, w szale radości, chwycą za łopaty i z ochotą pomogą im zasypywać dół, aby jak najszybciej przykryć ziemią tę najtańszą trumnę, jaką wybiorę staremu. Swoją droga, na ten pochówek szkoda będzie tylko pieniędzy. Najchętniej podlałbym trupa ojca benzyną i podpalił, a potem jego prochy spuściłbym w sraczu.

Matka ziewa. Jest zmęczona, siedzi już przy tym skurwielu od rana. Mówię jej więc, żeby poszła do domu, zwłaszcza, że niedługo w telewizji rozpocznie się jej ulubiony serial. Po co ma przez takie gówno jak jej odwalający kitę mąż opuścić chociaż jeden odcinek. Argument z filmem jest dla niej wystarczającą zachętą. Na odchodnym obdarza ojca spojrzeniem, które równie dobrze mogłoby być głośno wypowiedzianym zdaniem ,,mam nadzieję, że gdy znowu tu przyjdę, nie będzie już ciebie wśród żywych". Potem wychodzi razem z moją siostrą, która odprowadzi matkę do taksówki.

Zostaje sam ze staruszkiem. Wciąż jest nieprzytomny. Lekarze mówią, że raczej się już nie obudzi. Wygląda jak zajebany w chuj alkoholik. Czasami charcze i rzęzi. Ma lekko rozchylone usta, tworzące mały otwór, przez który pobiera życiodajne powietrze. Leży na sali sam, więc nachylam się nad nim i pluję na niego z góry, starając się wcelować wprost do jego gęby. Nie trafiam, mela spada na jego brodę, spływa po szyi. Nie poddaję się jednak, za drugim razem staram się bardziej i oto pełny sukces! Piękny, soczysty chark wpada przez usta do jego gardła. Stary musi mieć nieźle zwężoną tchawicę, bo zaczyna się dusić i trząść jak galareta. Wygląda na to, że moja skromna porcja śliny przyczyni się do jego wykitowania. Jednak już po chwili moje gwałtownie rozbudzone nadzieję pryskają, bo stary po paru spazmach powraca do udawania rośliny. Jestem zawiedziony. Zastanawiam się, czy nie zacząć wszystkiego od początku, ale do sali wchodzi pielęgniarka. Młoda i ładna. Wręcz za ładna, jak na ten nędzny szpital. Nie jest na miejscu wśród tych wszystkich pierdzieli, zdychających na oddziałach, srających i szczających w łóżka. Ma duże niebieskie oczy, spory biust i jeden z tych tyłków, które chętnie wyobrażają sobie nastoletni onaniści. Obdarzam ją swoim najlepszym uśmiechem. A w myślach już mi się marzy małe z nią walonko, na które jestem gotowy nawet tu i teraz, ale, dziwka, zbywa mnie krzywym uśmiechem, który aż nazbyt wyraźnie mówi mi "odwal się". Potem zaczyna się krzątać koło starego, poprawiając mu kołdrę, poduszkę i nie zwracając na mnie uwagi. A potem wychodzi z sali kręcąc ponętnie tyłkiem, prześlizgując się po mnie wzrokiem, jak po jakimś gównie. Zdarzenie to jeszcze bardziej potęguje moją nienawiść do ojca. Mam wielką ochotę wyładować na jego ścierwie swój gniew. Zaczynam się nawet poważnie zastanawiać, czy nie stanąć na łóżku, wyciągnąć kutasa i na niego nie nalać. Może szczyny udusiłyby w końcu tego chuja.

Niedługo potem wraca moja siostra. Spogląda z pogardą na tatusia, siada na krześle i zapala papierosa. Zaciąga się głęboka i powoli wypuszcza gęsty dym, wprost na ojcowski ryj. Dziewczyna również stara się jak może, żeby mu pomóc w odejściu. Jak każdy z nas, ma ku temu powody. Może nawet większe od innych. Czasami mam wrażenie, że coś głęboko w sobie ukrywa, że zawdzięcza ojcu znacznie więcej, niż tylko ślady po częstym biciu. Drań mógł równie dobrze być nie tylko sadystą, ale i zboczeńcem. Kto go tam wie. Ja wyniosłem się z domu, gdy tylko odebrałem dowód i gdy stary mógł już mi naskoczyć. Fakt, nie wiodło mi się najlepiej, ale i tak moje samodzielne życie było lepsze, niż życie z nim pod jednym dachem. Ale moja siostra, o kilka lat ode mnie młodsza, jeszcze przez długi czas musiała znosić jego despotyzm. Teraz jednak ten zwyrodnialec umierał. I to ciężką śmiercią. Widziałem zadośćuczynienie w jej oczach. Ale wiedziałem też, że gdyby mogła zrobić to bezkarnie, sama udusiłaby go gołymi rękami.

Po jakimś czasie wychodzę na korytarz, żeby zapalić i rozprostować nogi. Znudziło mi się już palenie przy ojcu. Już i tak zgasiłem na jego gołych stopach zbyt dużo papierosów. Od oparzeń porobiły mu się na nich bąble i mam trochę stracha, że lekarze je przyuważą. Jakby co, to zwalę winę na nich i opierdolę za jakieś niedopatrzenie. Najwyżej będą się głowić skąd się tam te bąble wzięły. Myślę, że nie będą podejrzewać, że to ja, dobry synuś wysiadujący przy łóżku umierającego ojca od rana do nocy, przypaliłem staremu podeszwy. A jeśli nawet, to mam ich w dupie. Mogli nie zakazywać palenia w szpitalu i porozkładać po salach popielniczki. A tak jarający człowiek musi sobie radzić jak może.

Wychodząc proszę siostrę, żeby mnie zawołała, kiedy stary zacznie uderzać w ramy. Za nic nie przegapiłbym takiego widowiska. Po to właśnie siedzę przy jego wyrze tyle czasu. Jakby pierdolnął w kalendarz beze mnie, zrobiłby mi najgorsze świństwo. Oddam wszystko co tylko, kurwa, mam żeby zobaczyć jego ostatnią chwilę.

Na korytarzu szwenda się jak zwykle kilku starych palantów w pidżamach. Jarają i pierdolą głupoty. Straszą bladymi, żałosnymi ryjami i opowiadają innym kandydatom na trupy, o swoich chorobach. Nienawidzę ich, bo z tymi białymi mordami i w tych szpitalnych łachach, oni wszyscy przypominają mi starego. I dlatego życzę im wszystkim takiego samego losu. Potem wychodzę na powietrze, aby wywietrzał ze mnie ten zapach szpitalnego rozkładu.

Kiedy po kwadransie wracam do ojcowskiej umieralni, jest przy nim lekarz. Ogląda go fachowo, podnosi mu powieki i takie tam... Najzwyczajniej po raz któryś w tym dniu odwala maniane, żebyśmy wiedzieli jacy to oni są w tym szpitalu dla pacjentów troskliwi. Jeśli chodzi o mnie, może sobie darować te pierdoły, stary obchodzi mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie przyszedłem tu oczekiwać na cud, na jakieś nadzwyczajne uzdrowienie, tylko na śmierć tego starego jebańca. Oczekuje że będzie ciężka i bolesna. I to wszystko. Nie obchodzi mnie żadne tam, kurwa, leczenie ani dbanie o niego. Ich medyczne starania latają mi koło chuja. Jeśli chcą mnie naprawdę zadowolić, to niech dadzą staremu jakiś zastrzyk, złoty strzał, który w końcu wyprawi go do diabła. Sam mogę mu go wykonać i zrobię to z prawdziwą przyjemnością. Jestem tu przecież po to, żeby nacieszyć oczy jego śmiercią. I nie wyjdę stąd, nie wyjdę, dopóki nie nadejdzie.


ksrutkowski.alternatywa.com - opowiadania online, Brudne historie i inne rzeczy

Polecamy przesłuchanie Rutkowskiego przed specjalną komisją śledczą serwisu Alternatywa.com.

     
   

Sprawdź, co przegapiłeś, bo piłeśNext!