
|
Niesamowite Przygody Wujka Zet 2 > ![]() ![]() |
![]() |
![]() |
|
|
29 lipca 2006 Co prawda detektyw Rutkowski najprawdopodobniej spędzi kilka najbliższych lat w pierdlu, ale póki co nasz K.S. Rutkowski miewa się bardzo dobrze. Brudne historie, które bezwstydnie lansujemy od kilku miesięcy sprzedają się, co w polskich warunkach jest nie lada osiągnięciem. Jeśli jeszcze nie wiesz dlaczego i ty musisz mieć ten zbiór wielce zwyrodniałych opowiadań, pierdolnij się w głowę jakimś ciężkim przedmiotem, a potem wypierdalaj czytać moją (i nie tylko) recenzję tego ścierwa! Dokładnie w takiej kolejności.
Dobra, to chyba wszystko jeśli chodzi o reklamy.
Niesamowite Przygody Wujka Zwyrola 2 Rzecz mówi sama za siebie. Wujek Samo Zło ponownie stanał na wysokości zadania. Wartością dodaną tej foto-historii jest jej absolutna świeżość. Gówno wpadło w wentylator w lipcu. W ramach preview zdradzę, że w kolejne Zryte Berety MADness ma zamiar poświęcić fetyszystom. Planuje przyjrzeć się dokładniej działalności pewnego Legionu promującego przebieranie się w plastikowe wdzianka i gorszenie ludzi na publicznych manifestacjach. Jak widać poniżej, większość autorów postanowiła zrobić sobie wakacyjny urop od DT. Chuj im w dupę. Są za to 2 dodatkowe teksty od freelancerów w postaci Gavina i Dummy. Jest co czytać. Mam dla was jeszcze prawdziwy bonus. Bouns tak wyjebany w ryj, że ja słysząc go już dobrze ponad 100 razy za każdym razem przeżywam wewnętrzny vomiting i dławię się ze śmiechu. I tu pojawia się moje pytanie: czy bawi mnie to gówno tylko dlatego, że byłem bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń (a także ich rekorderem - ach, ta dziennikarska smykałka), czy po prostu dlatego, że jest uniwersalnie, zwyrodniale rozpierdalające? Ciekawym waszych opinii w tej materii choć oczywiście mam na nie wyjebane. Rzecz nagrana w 100% przy udziale światłej, dobrej młodzieży z dobrego liceum. W klasie maturalnej. This shit was recorded back in '99! No i cytat zachecajacy: - Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, kurwa, kobieta zapomniała gdzie jest jej miejsce, kurwa. DAŁNLOAD MADness: Prowokujesz mnie Drogi Towarzyszu brytyjskiej tułaczki do refleksji nad polskim rynkiem piwowarskim, lecz słusznie zamknąłeś wątek alkoholowy, więc postaram się popdporządkować. Zmieniając topic i dostosowując go do poziomu intelektualnego Czytelników nie sposób przemilczeć kilku charakterystycznych cech uroczego Liverpoolu. Pierwszą, która przychodzi mi na myśl, jest wszechobecny syf! Szczątki jedzenia, papiery, potłuczone szkło to standardowe ozodobniki To miasto wygląda jakby doświadczyło jakichś zajebistych zamieszek. Jest gorzej niż w Polsce, co nie zdarza się często. W następnym odcinku: obrażanie Brytoli na ulicy, nasi rodacy za granicą, pastowanie sandałów, sranie w parku, ruch lewostronny. Test angielskich piw - CARLING Franki: Napis na puszcze głosi - The Taste of Britain. Nie świadczy to najlepiej o Angolach, bo są najwyraźniej narodem sikaczy. Cokolwiek by nie mówić o Żywcu, czyli naczelnym piwie Polski, to każdy chyba przyzna że przynajmniej kopa ma. Jedynym uczuciem jakiego doświadczycie po wyjebaniu dwóch puszek Carlinga to nacisk na pęcherz. Zresztą do szukania Nie znaczy to jednak, że nie zasmakowałem w Carlingu, o nie! W rzeczy samej, nie gardzę sikaczami. MADness: Wśród angielskiego ścierwa Carling wymieniany jest jako trunek charakterystyczny dla Brytoli. Mi się także kojarzy z moczem. W moim przekonaniu wypicie autentycznego moczu dałoby większego kopa. Gorzej byłoby z walorami smakowymi... Dlatego Carling polecić można z powodzeniem osobom, które nie mogą pozwolić sobie piwo w cenie powyżej 1Ł. Stosunek ceny do jakości jest jak na angielskie realia do zaakceptowania. Ale dobry Żywiec, ze swym bogatym w lekką gorycz, słodkim smakiem winien być dla Angoli wzorem, do którego i tak nie zbliżą się przez najbliższe lata - nawet gdyby bardzo chcieli. - OLDE ENGLISH Franki: Bądźmy szczerzy - 9 na 10 Polaków wybierających się w Anglii do sklepu po browar nie patrzy nawet na produkty z wyższej półki. Takoż i ja postąpiłem. Eksplorując zakamarki Kwik Save'a oblepione naklejkami "great deal!" moje oczy wypatrzyły na półce wielką plastikową butlę napoju Olde English, którego umiejscowienie w sekcji alkoholowej wskazywało na pożądaną zawartość. Rodzaj opakowania stanowił bodziec odpychający jednak z nawiązką rekopensowała go: Bez większych ceregieli odkręciłem wprawnym ruchem pękatą butlę i zassałem zawartość. I jak było, pytacie? Z trudem opanowałem się, żeby nie wypryskać zawartości na ścianę przede mną! Czegoś tak obrzydliwego nie piłem chyba nigdy! MADness miał ze mnie niezłą bekę, bo skurwysyn dobrze wiedział co oznacza tajemniczy napis "cyder". A oznacza ni mniej ni więcej jak wyszczany z pindola przeterminowany sok jabłkowy wzmocniony równie wyszczanym szampanem najpodlejszego gatunku. Jako że to gówno nie nadawało się w żaden sposób do picia, a ochota na najebkę nie przeszła mi ani trochę, nie pozostało nic innego jak pobawić się w małego chemika. Na szczęście "Polak potrafi" i już po chwili zneutralizowałem syfiasty smak Olde English starym dobrym Dr Pepperem. Nie można tego tricku nazwać szczytem barmaństwa, ale na daną chwilę spełnił on swoją rolę. MADness: Nie gustuję w tego typu piwach. Bardzo rzadko mam ochotę na 'cydra' - a jeśli już - to na pewno nie na OLDE ENGLISH. Jabłka tam nie wyczułem. Co najwyżej kwasek cytrynowy. Piwo nie było więc jabłkowe, lecz kwaśne jak cholera. Jedynym logicznym wyjściem było więc wspomniane przez mojego Towarzysza mieszanie tego ścierwa z innym płynem. Proces uszlachetniania był prostacki, aczkolwiek skuteczny, czego efektem była lekka najebka. Podsumowując - gdyby piwo dało się pić bez dodatków, to stosunek ceny do jakości, a przedewszystkim do ilości, byłby bardzo korzystny. Jednakże po doliczeniu kosztów uszlachetniacza cena całości kształtuje się już tylko korzystnie, co wraz z wciąż obleśnym smakiem całości powoduje, że początkowa euforia ustępuję odruchom wymiotnym.
MADness: Piwo to jest legendą UK. Irlandzka receptura jest doprawdy wspaniała! Ciemny napój o dość gęstej pianie pachnie całkiem dobrze. Po pierwszym łyku niedoświadczony adept chlania może odczuć pewne rozczarowanie... Gorycz, małe nasycenie CO2 to bowiem pierwsze cechy charakterystyczne Guinessa. Gdy jednak człek łyknie kolejny raz, smak jest głębszy i bogatszy. Z każdym łykiem jest coraz lepiej, co szczególnie zachęca do dalszej najebki. Mowa tu o typowym Guinessie, a nie o wersji jasnej czy też wersji ciemnej, lecz niefiltrowanej. Te bowiem warianty są już zupełnie innym doznaniem smakowym. Myslę, że piwo to jest jednym z większych dokonań rynku piwowarskiego w UK, co pozwala wierzyć, że Angole nie są tak do końca zjebani. Franki: Jak zwykle wyjdę na prostaka i ciula, ale... OJEJ! Like I care! Whatever... do tej pory z marką Guiness miałem bezpośredni kontakt jedynie za sprawą Księgi Rekordów. Wiecie, człowiek z najdłuższym pindolem na świecie i tym podobne bzdury. Oczywiście, nie jestem aż tak zjebany, żeby nie słyszeć o piwie Guiness, jednak jakoś nie ciągnęło mnie do ciągniecia go. Być jednakoż w Anglolandii i nie spróbować Guinessa to jak być w USA i nie nabijać się z czarnuchów - mission impossible. Tak więc moje chamskie i prostackie gardło zostało niejako zmuszone do zakosztowania tej irlandzkiej marki. I co? I gówno - pierwszy łyk wzbudził we mnie grymas zniesmaczenia. Drugi również. Jednak z każdym kolejnym łykiem ta brązowawa, gorzka ciecz była przyswajana z coraz większym uznaniem. Przy kolejnej puszce nie miałem już żadnych zastrzeżeń. Mimo to nie mam zamiaru spuszczać się nad rzekomym klasycyzmem Guinessa, bo go po prostu nie dostrzegam. Możecie mnie pozwać, ale i tak milion razy wolę Gdańskie albo Specjala. Asfalt, Bambus, Małpa, Brudas - you name it To mój debiut na tej zajebanej stronce, więc postaram się napisać coś sensownego, zanim mnie stąd wypierdolą. Zacznijmy od podróży do Stanów. Liniami Luftvaffe vel Lufthansa miałem wylecieć z
Frankurtu. Juz tam dostałem próbkę kultury zachodu. Najwięcej ludzi w McDonaldzie. I - Gavin W następnym odcinku: głupie czarnuchy, zwiedzanie nowego jorku, śmierdzące czarnuchy, historia hamburgera, dymane w dupę czarnuchy. A także: czarnuchy w każdej postaci, kolorze i wymierze. I tak widzcie. Nie wszystko złoto, co się świeci, ale wszystko co się świeci na pewno zajebią czarnuchy. Na koniec tego boxa kolejna perełka, prosto z naszego forum, prosto z autobusu kaliskiej komunikacji miejskiej. Dziwki i panowie, przed państwem - Dummy! One nie srają Zauważyliście że są ludzie którzy nie srają? Piszę te słowa będąc w wieku sędziwym, ale ciągle jeszcze wiele życie ma dla mnie tajemnic. Na przykład, że telefonem można wysłać maila, wziąć prysznic, albo zjeść kolację. Ciągle jednak są rzeczy dla mnie nowe i tajemnicze.
Jeśli staną się żonami, od wszystkiego maja mężów. Od przenoszenia, podwożenia, zarabiania, od czynności tych i gestów, dla których one nie zostały stworzone. Niektóre z nich sprawiają wrażenie, jakby ktoś już za życia zrobił z nich eksponat, zatopił w formalinie, wypchał i powiesił na haku. Czasami niektóre nawet podejmują prace zarobkową, dlatego że przez równie wypchane matki są uczone stwarzania pozorów. Niewiasty te posiadają talent wielki do ustawiania ludzi, jak pionków na blacie. Łagodne i słodkie niczym winne grona, potulne jak owieczki, miotają swymi mężami jak plastikowymi zabawkami. I co więcej: one nie srają! Jeszcze nie nakryłam ich na tej czynności In flagranti. Dążę, aby to udowodnić empirycznie. Na razie w toku poczynionych obserwacji jestem pewna, że nie srają! Czystość ich, piękne i doskonałe słowa z nich się wydobywające temu przeczą. Różowe ich golfy i pozytywne spódniczki, buty z wielometrowym czubem, błyszczące świecidełkami i skromne rajstopki, kolczyki brzęczące i pierścienie zdobiące ich palce. Brzydzą się plugawa mową, o defekacji i innych czynnościach dla nich niskich. Nie srają, to pewne!
|
| 29 lipca 2006
Kodeks Karny, Rozdział XXXII Przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu: Potrzebne składniki i niezbędne warunki:
Wiem, że praktyczna strona tego zjawiska jest dla Was bardziej interesująca, więc porzucam te pseudo-inteligentne rozważania. Od czego zacząć? Posiłkując się relacjami osób trzecich oraz swoim zwyrodniałym instynktem (tzw. czujem), stwierdzam, iż wiele zależy do tego czy mamy dostęp do prosektorium. Wtedy bowiem w sposób łatwy i przyjemny można przejść do fazy właściwej - a więc do rżnięcia czyjegoś truchła - minimalizując fazę wstępną, a więc samo pozyskiwanie zwłok i przygotowywanie terenu. Jednakże dobry recon oraz porządne zabezpieczenie terenu jest kwestią niebagatelną. Same rozwiązania techniczne, takie jak ryglowanie drzwi, zasłanianie okien, używanie kotarek i parawanów, pozostawiam Waszemu "zdrowemu" rozsądkowi. Celem nadrzędnym powinna być jednak miła, spokojna, intymna oraz romantyczna atmosfera. Zwłokom należy się przecież szacunek... Świece, psychodeliczna muza (może być np. coś z doom metalu lub dzieła klasyczne), czułość, to wielce wskazane czynniki, powodujące, iż prosektorium - a więc miejsce mało romantyczne - staje się świątynią piękna, miłości, czułości, zatracając prawie całkowicie swoją laobolatoryjną atmosferę. Rżnięcie zwłok wyjętych z chłodni w upalny dzionek przynieść powinno, prócz zaspokojenia seksualnego, bardzo przyjemne orzeźwienie i świeżość. Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku pozyskiwania zwłok z cmentarza. Jest to zajęcie bardzo pracochłonne i ryzykowne. Faza wstępna polega na selekcji konkretnych zwłok. Kwestia rocznika - podobnie jak w Jednakże wspomnieć tu muszę, iż bardzo doświadczeni nekrofile uważają, że każde zwłoki, nawet najobrzydliwsze ścierwo, można zerżnąć. Gnijący umarlak ma przecież o wiele więcej otworów niż świeżak. Pewną trudność sprawiać mogą gołe szkielety. Jednak ambitny nekro-zjeb nie zniechęca się takimi szczegółami. Wracając jednak do fazy wstępnej - po wykopkach, a więc po pokonaniu niemal dwóch metrów ziemi lub po sforsowaniu płyty, następuje wspomniane otwarcie trumny. Wtedy to - zależnie od warunków - zabieramy całego trupa lub też jego strategiczny fragment. Szatany lub osoby szczególnie spragnione śmiertelnych igraszek preferują obcowanie ze ścierwem na płytach nagrobnych, aczkolwiek początkującym nekro-adeptom sugeruje się zabranie truchła do domu lub w inne bezpieczne miejsce. Samo ruchanie zwłok, a więc wspomniana już właściwa faza przedsięwzięcia, odbywać się powinno w intymnych, romantycznych warunkach, zależnych już od upodobań własnych. "Sprytnym inaczej" odradzam zabijanie w celu pozyskania zwłok, choć wydawać się to może prostsze i praktyczniejsze. Jednakże ruchając zwłoki, człek nie szkodzi nikomu, w przeciwieństwie mordowania i ruchania. Co więcej, z pewnego punktu widzenia, w nekrofilii dostrzec można ogromny szacunek dla zwłok i ponowne ich uczłowieczanie. Dla wielu bowiem więź duchowo-cielesna zrywa się w momencie śmierci. Ciało jest wtedy dla nich jedynie mięchem. Zerżnięcie umarlaka staje się więc aktem nadania ciału szacunku, który przysługuje zazwyczaj jedynie ludziom.
Czasem dochodzi jeszcze smordek. Ten czynnik jest chyba najtrudniejszy do racjonalnego wytłumaczenia. Aczkolwiek ludzki pot także śmierdzi, a na wiele osób - świadomie lub nieświadomie - działa podniecająco. Stąd też odór zwłok może również działać na podobnych zasadach. Na koniec chciałbym uprzedzić wiele listów typu: Dla osób chcących zagłębić się w tematykę nekrofilii odsyłam na nasze forum, gdzie zapoczątkowana została idea CityNecrophils. Jest to wielce ambitny nekro-projekt, który z pewnością daje do myślenia: |
![]() |
![]() |
![]() |