Dziwne Tabletki - komiksy, felietony, zwyrodniałe akcje i cała banda debili...
Strona gówna Zwyrols Squad śmierdzące Archiwum Forum Download Linkin' park sam se Sklep


Niesamowite Przygody
Wujka Zet 2 >

Tak, kliknij TUTAJ po więcej info
O co tu kurwa chodzi? Kliknij na debila to się dowiesz... K.S. Rutkowski & Sado colabo








Zapach Asfaltu
Najnowszy shitNext!Sprawdź, co przegapiłeś, bo piłeśPierwszy komiks wysrany z naszej dupy EVER
3 słowa od...
OBSRAŁEM SIĘ
left click 4 moron's bio & stats
acid green shit

Na początek naszego spotkania proponuję standardową porcję promo-bullshitu. W dobrze przyjętym zwyczaju jest, że kto ma z tym jakiś problem, może wypierdalać w każdej chwili. Reszta ma chapsać moje pierdolenie jak małe pelikany. Lecimy.

     

29 lipca 2006

Co prawda detektyw Rutkowski najprawdopodobniej spędzi kilka najbliższych lat w pierdlu, ale póki co nasz K.S. Rutkowski miewa się bardzo dobrze. Brudne historie, które bezwstydnie lansujemy od kilku miesięcy sprzedają się, co w polskich warunkach jest nie lada osiągnięciem. Jeśli jeszcze nie wiesz dlaczego i ty musisz mieć ten zbiór wielce zwyrodniałych opowiadań, pierdolnij się w głowę jakimś ciężkim przedmiotem, a potem wypierdalaj czytać moją (i nie tylko) recenzję tego ścierwa! Dokładnie w takiej kolejności.

To nie koniec nachalnej reklamy. W kolejce do literackiej nagrody Nobla ustawił się również mój ziomal Glujo. Zapach asfalta to bezustanna podróż przez krainy absurdu rodem z Monty Pytonga. I ponownie, również w tym wypadku możecie przeczytać co mam do powiedzenia.

Wszystkim zajebistym blogowiczom przypominamy o pierdolonym obowiązku zamieszczenia bannera lub przynajmniej buttona do naszej obsranej strony! Zasysajcie te goodies stąd. Taki zabieg umożliwi wam zdobycie dodatkowych punktów lanserskich, circa +40. Punkty lanserskie przydatne są zarówno w życiu doczesnym (dziwki wolą lanserów) jak i sześć stóp pod ziemią. W zależności od opcji, w niebie honorowane są jako środek płatniczy za ambrozję, natomiast w piekle - za wodę ognistą. Zgadnijcie na co planuje wydać je Zwyrols Squad.

Jako że oprócz bycia idiotą zajmuję się w życiu również innym rzeczami, odsyłam was (pojeby) na otwarte niedawno przeze mnie portfolio. Tam macie zapisać się na newsletter, aby zdobyć najnowsze info o kolejnych aktualizacjach, które nastąpią jeszcze w te wakacje. Dziwki też mogą podać swoje maile. Będzie fajnie.

Kupujcie koszulki. Nosząc je można poczuć się jak Zwyrol. Jedynie przez ułamek sekundy, ale to zawsze coś. Dave już wie o co chodzi.

Dobra, to chyba wszystko jeśli chodzi o reklamy.

Niesamowite Przygody Wujka Zwyrola 2

Rzecz mówi sama za siebie. Wujek Samo Zło ponownie stanał na wysokości zadania. Wartością dodaną tej foto-historii jest jej absolutna świeżość. Gówno wpadło w wentylator w lipcu. W ramach preview zdradzę, że w kolejne Zryte Berety MADness ma zamiar poświęcić fetyszystom. Planuje przyjrzeć się dokładniej działalności pewnego Legionu promującego przebieranie się w plastikowe wdzianka i gorszenie ludzi na publicznych manifestacjach.

Jak widać poniżej, większość autorów postanowiła zrobić sobie wakacyjny urop od DT. Chuj im w dupę. Są za to 2 dodatkowe teksty od freelancerów w postaci Gavina i Dummy. Jest co czytać.

Mam dla was jeszcze prawdziwy bonus. Bouns tak wyjebany w ryj, że ja słysząc go już dobrze ponad 100 razy za każdym razem przeżywam wewnętrzny vomiting i dławię się ze śmiechu. I tu pojawia się moje pytanie: czy bawi mnie to gówno tylko dlatego, że byłem bezpośrednim uczestnikiem wydarzeń (a także ich rekorderem - ach, ta dziennikarska smykałka), czy po prostu dlatego, że jest uniwersalnie, zwyrodniale rozpierdalające? Ciekawym waszych opinii w tej materii choć oczywiście mam na nie wyjebane.

Rzecz nagrana w 100% przy udziale światłej, dobrej młodzieży z dobrego liceum. W klasie maturalnej. This shit was recorded back in '99! No i cytat zachecajacy:

- Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach, kurwa, kobieta zapomniała gdzie jest jej miejsce, kurwa.
- W chlewie ze świniami!

DAŁNLOAD
Idioci w Liverpoolu IIIdioci w Liverpoolu, part II

Prawie rok po zakończeniu naszej angielskiej przygody ujawniamy drugą część historii. Idiotom, którzy nie poznali pierwszej części sugerujemy nadrobić to karygodne uchybienie.

MADness: Prowokujesz mnie Drogi Towarzyszu brytyjskiej tułaczki do refleksji nad polskim rynkiem piwowarskim, lecz słusznie zamknąłeś wątek alkoholowy, więc postaram się popdporządkować. Zmieniając topic i dostosowując go do poziomu intelektualnego Czytelników nie sposób przemilczeć kilku charakterystycznych cech uroczego Liverpoolu. Pierwszą, która przychodzi mi na myśl, jest wszechobecny syf! Szczątki jedzenia, papiery, potłuczone szkło to standardowe ozodobniki To miasto wygląda jakby doświadczyło jakichś zajebistych zamieszek. Jest gorzej niż w Polsce, co nie zdarza się często.

Franki: A widzisz! Czyż w tym momencie nie pasuje jak ulał przypomnieć staropolskokurewskie powiedzonko "Cudze chwalicie, swego nie znacie"? Któż przed wyjazdem do krainy Jej Królewskiej Suki przypuszczałby, że ulice poziomem zasyfienia dorównują Harlemowi czy też innym nigerskim dzielniom NYC? Nasilenie bajzlu następuje w niedzielny poranek, uprzedzony sobotnią hulanką, swawolą, a może nawet rozpustą, jakiej oddają się tubylcy. Idąc do kościoła warto zaopatrzyć się zatem w łopatę do śniegu w celu torowania sobie drogi wśród śmierdzącej stery śmieci i zdechłych szczurów. Angole są najwyraźniej przyzwyczajeni do takiego krajobrazu, bo chyba coś by z nim zrobili...?

MADness: No i chyba nawet próbują robić czasem, zatrudniając jako śmieciarzy Polaków. Tyle, że to niewiele daje, gdyż śmieciarze mają totalnie wyjebane na śmieci poza kubłami. Okazuje się wręcz, że i te w kubłach muszą spelniać specjalne kryteria reCYClingu, aby zostały wywiezione. Cóż - popieprzeni ekolodzy z tych Brytoli - gdyż tolerują wszechobecną na ulicach padlinę, odchody, papiery, szczątki jedzenia i chuj wie czego, a nie wywiozą kubła, bo ktoś wyjebał puszkę po piwie do szkła. Pojeby! Fakt wszechobecnego syfu ma jednak jaśniejszą stronę - sporo ciekawych rzeczy można znaleźć na ulicy. Myślę, że sporo czytelników DT byłaby szczęśliwych z powodu znalezienia prawie nietkniętych napojów, lekko nadpleśniałych bochenków chleba tostowego, prawie nowych mebli z drobnym wadami konstrukcyjnymi, które to zalegają na ulicach tego pięknego miasta.

Franki: Pięknego jak pięknego. Liverpoolowi co prawda do Katowic sporo brakuje (w pozytywnym sensie), ale rozpierdolone budynki, odchodząca farba i zabite okna niemalże w centrum miasta, to nie jest wyłącznie przejściowa moda, ale stały trend. O dzielnicach wokół centrum lepiej nawet nie wspominać, bo przypominają bardziej dziki zachód niż europejskie miasto. I właśnie w takim miejscu przyszło nam mieszkać, a konkretniej - w dzielnicy Anfiled. Fani piłki kopanej pewnie w tym momencie proszą swoje mamy o nową parę gaci. Tak, tak - tutaj właśnie, 5 minut spacerkiem od naszej chaty, znajduje się stadion Liverpoolu. Do the Doodek!

MADness: Zaiste - okazała to budowla. Nie mieliśmy wprawdzie okazji wyrzygać się na murawę, lecz zwiedziliśmy zajebisty sklep firmowy. Obszerne wnętrze, utrzymane w klubowych barwach, mieściło mnóstwo stuffu (bielizna, kubki, koszulki, czapeczki, piłki golfowe to tylko czubek całej tej tandetnej kupy firmowych śmieci). Zabrakło tylko wibratorów analnych z godłem klubu oraz dmuchanych modeli Dudka w skali 1:1. Z powyższej mej wypowiedzi łatwo wywnioskować,że mój "wacek" nawet nie dygnął w tej piłkarskiej świątyni, gdyż jedyna forma kopaniny jaką toleruję, to Thai-Boxing. Dlatego też oszczędziłem sobie zwiedzanie muzeum klubu, które z pewnością zbeszcześciłbym dość okazałym rozbryzgiem wymiocin - co akurat mogłoby być dość interesujące.

W następnym odcinku: obrażanie Brytoli na ulicy, nasi rodacy za granicą, pastowanie sandałów, sranie w parku, ruch lewostronny.



Test angielskich piw

- CARLING

Franki: Napis na puszcze głosi - The Taste of Britain. Nie świadczy to najlepiej o Angolach, bo są najwyraźniej narodem sikaczy. Cokolwiek by nie mówić o Żywcu, czyli naczelnym piwie Polski, to każdy chyba przyzna że przynajmniej kopa ma. Jedynym uczuciem jakiego doświadczycie po wyjebaniu dwóch puszek Carlinga to nacisk na pęcherz. Zresztą do szukania procentów w brytyjskich browarach w ogóle należałoby zatrudnić Szerloka Holmsa. Taki to już narodek, że zamiast szybkiej najebki preferują stopniowe ukajanie nerwów i zmysłów.

Nie znaczy to jednak, że nie zasmakowałem w Carlingu, o nie! W rzeczy samej, nie gardzę sikaczami.
Tak już mam.

MADness: Wśród angielskiego ścierwa Carling wymieniany jest jako trunek charakterystyczny dla Brytoli. Mi się także kojarzy z moczem. W moim przekonaniu wypicie autentycznego moczu dałoby większego kopa. Gorzej byłoby z walorami smakowymi... Dlatego Carling polecić można z powodzeniem osobom, które nie mogą pozwolić sobie piwo w cenie powyżej 1Ł. Stosunek ceny do jakości jest jak na angielskie realia do zaakceptowania. Ale dobry Żywiec, ze swym bogatym w lekką gorycz, słodkim smakiem winien być dla Angoli wzorem, do którego i tak nie zbliżą się przez najbliższe lata - nawet gdyby bardzo chcieli.

- OLDE ENGLISH

Franki: Bądźmy szczerzy - 9 na 10 Polaków wybierających się w Anglii do sklepu po browar nie patrzy nawet na produkty z wyższej półki. Takoż i ja postąpiłem. Eksplorując zakamarki Kwik Save'a oblepione naklejkami "great deal!" moje oczy wypatrzyły na półce wielką plastikową butlę napoju Olde English, którego umiejscowienie w sekcji alkoholowej wskazywało na pożądaną zawartość. Rodzaj opakowania stanowił bodziec odpychający jednak z nawiązką rekopensowała go:
a) 3 litrowa pojemność pojemnika
b) zaskaująco niska cena - 2,49 funta!
c) niesłychanie wysoki jak na warunki brytyskie voltaż - 5,3%
Przyznaję tu ze wstydem, że napis "cyder" nie wzbudził we mnie żadnych podejrzeń, gdyż jestem ignorantem. Zadowolony z siebie, dałem pani kasjerce pieniądze i udałem się do domu w celu spożycia.

Bez większych ceregieli odkręciłem wprawnym ruchem pękatą butlę i zassałem zawartość. I jak było, pytacie? Z trudem opanowałem się, żeby nie wypryskać zawartości na ścianę przede mną! Czegoś tak obrzydliwego nie piłem chyba nigdy! MADness miał ze mnie niezłą bekę, bo skurwysyn dobrze wiedział co oznacza tajemniczy napis "cyder". A oznacza ni mniej ni więcej jak wyszczany z pindola przeterminowany sok jabłkowy wzmocniony równie wyszczanym szampanem najpodlejszego gatunku. Jako że to gówno nie nadawało się w żaden sposób do picia, a ochota na najebkę nie przeszła mi ani trochę, nie pozostało nic innego jak pobawić się w małego chemika. Na szczęście "Polak potrafi" i już po chwili zneutralizowałem syfiasty smak Olde English starym dobrym Dr Pepperem. Nie można tego tricku nazwać szczytem barmaństwa, ale na daną chwilę spełnił on swoją rolę.

MADness: Nie gustuję w tego typu piwach. Bardzo rzadko mam ochotę na 'cydra' - a jeśli już - to na pewno nie na OLDE ENGLISH. Jabłka tam nie wyczułem. Co najwyżej kwasek cytrynowy. Piwo nie było więc jabłkowe, lecz kwaśne jak cholera. Jedynym logicznym wyjściem było więc wspomniane przez mojego Towarzysza mieszanie tego ścierwa z innym płynem. Proces uszlachetniania był prostacki, aczkolwiek skuteczny, czego efektem była lekka najebka. Podsumowując - gdyby piwo dało się pić bez dodatków, to stosunek ceny do jakości, a przedewszystkim do ilości, byłby bardzo korzystny. Jednakże po doliczeniu kosztów uszlachetniacza cena całości kształtuje się już tylko korzystnie, co wraz z wciąż obleśnym smakiem całości powoduje, że początkowa euforia ustępuję odruchom wymiotnym.

- GUINESS

MADness: Piwo to jest legendą UK. Irlandzka receptura jest doprawdy wspaniała! Ciemny napój o dość gęstej pianie pachnie całkiem dobrze. Po pierwszym łyku niedoświadczony adept chlania może odczuć pewne rozczarowanie... Gorycz, małe nasycenie CO2 to bowiem pierwsze cechy charakterystyczne Guinessa. Gdy jednak człek łyknie kolejny raz, smak jest głębszy i bogatszy. Z każdym łykiem jest coraz lepiej, co szczególnie zachęca do dalszej najebki. Mowa tu o typowym Guinessie, a nie o wersji jasnej czy też wersji ciemnej, lecz niefiltrowanej. Te bowiem warianty są już zupełnie innym doznaniem smakowym. Myslę, że piwo to jest jednym z większych dokonań rynku piwowarskiego w UK, co pozwala wierzyć, że Angole nie są tak do końca zjebani.

Franki: Jak zwykle wyjdę na prostaka i ciula, ale... OJEJ! Like I care! Whatever... do tej pory z marką Guiness miałem bezpośredni kontakt jedynie za sprawą Księgi Rekordów. Wiecie, człowiek z najdłuższym pindolem na świecie i tym podobne bzdury. Oczywiście, nie jestem aż tak zjebany, żeby nie słyszeć o piwie Guiness, jednak jakoś nie ciągnęło mnie do ciągniecia go. Być jednakoż w Anglolandii i nie spróbować Guinessa to jak być w USA i nie nabijać się z czarnuchów - mission impossible. Tak więc moje chamskie i prostackie gardło zostało niejako zmuszone do zakosztowania tej irlandzkiej marki. I co? I gówno - pierwszy łyk wzbudził we mnie grymas zniesmaczenia. Drugi również. Jednak z każdym kolejnym łykiem ta brązowawa, gorzka ciecz była przyswajana z coraz większym uznaniem. Przy kolejnej puszce nie miałem już żadnych zastrzeżeń. Mimo to nie mam zamiaru spuszczać się nad rzekomym klasycyzmem Guinessa, bo go po prostu nie dostrzegam. Możecie mnie pozwać, ale i tak milion razy wolę Gdańskie albo Specjala.

A teraz czas na relację od naszego specjalnego wysłannika z niggerii... czyli USA > NYC > Queens.

czekam na wasze zjebane opinie

Asfalt, Bambus, Małpa, Brudas - you name it

To mój debiut na tej zajebanej stronce, więc postaram się napisać coś sensownego, zanim mnie stąd wypierdolą. Zacznijmy od podróży do Stanów. Liniami Luftvaffe vel Lufthansa miałem wylecieć z Frankurtu. Juz tam dostałem próbkę kultury zachodu. Najwięcej ludzi w McDonaldzie. I ja tam się udałem w celu bez celu. Zajebiście wydesignowane reklamy zestawów, które im większe "tym bardziej się opłacały", pchnęły mnie do 15-sto osobowej kolejki, którą oczywiście obsługiwała jedna zajebana kasa przy której (równie) oczywiście była praktykantka. Podejrzewam, że nigdy w życiu nie widziała kalkulatora. Z trzech transakcji jakie uskuteczniała, do dwóch wołała menedżera zmiany, aby cofnął źle wbitą cenę. Mając całe 6 wolnych godzin na przesiadkę do niemieckiego samolotu, postanowiłem wydać jedyne 5 euro jakie miałem i przeczekać kolejkę.

Jedyne wolne krzesło przy stoliku z największa samica jaką w życiu widziałem.
- Tegoroczny tytuł Miss Dunkin' Donuts ma w kieszeni - myślę sobie.
Stolik przy którym ucztowała miał przystawione trzy krzesła - na dwóch trzymała dupę, a na trzecim żarcie, które nie zmieściło się na stole. Zapytałem, czy wolne, czy może czeka jeszcze na drugie danie albo coś. Dostałem treściwa odpowiedz brzmiącą jak yep. Trzymając moje małe frytki i średnią colę, nieśmiało usiadłem na metalowym stołku i zacząłem się delektować ziemniakami.

Totalnie zajebany pech chciał, ze owa pontonowa samica dostała miejsce obok mnie w samolocie i to od strony korytarza. Ja przy oknie. Myślę: kurwa, nie wyjdę do końca lotu, nie ma chuja, żeby się podniosła. Napiąwszy mięsnie brzucha i stwierdziwszy, że nie chce mi się sikać, uspokoiłem się i zasnąłem.

Obudzony na lunch przez niekwestionowanie miła panią stewardesę, której coś białego wisiało w kąciku ust, spostrzegłem, że ponton gdzieś znikł. Tak! Teraz miałem szansę wstać i wyciągnąć paszport, potrzebny do wypełnienia karty pokładowej. Wolność nie trwała długo, bo po chwili ponton wrócił, trochę jeszcze grubszy, a może to tak światło padało. Uśmiechnęła się do mnie ukazując wielkie jak bramki footballowe przerwy miedzy zębami. Z obrzydzeniem ukrywanym za maską uprzejmości pokazałem palcem, że ma cos między zębami. Coś wielkości indyczego udźca. Ona na to, że zawsze lubi mięć coś w buzi, tak na wszelki wypadek. W każdym innym przypadku ściągnąłbym spodnie i spytał, czy to też chciałaby mieć w buzi, ale pomyślałem, że, po pierwsze: nie jestem aż taki desperat, a dwa: musiałbym mieć kutasa co najmniej wielkości gaśnicy samochodowej. Dopiero wtedy może poczułbym jak mi struga.

Ponton powiedział dziękuję , zwalił się na siedzenie i ku mojemu przerażeniu zaklinował między poręczami. I ani w te ani wefte (chuj, że nie mam pojęcia, jak to się pisze. Połowa Polski też nie wie. A druga nie jest pewna). Ze strachem spojrzałem na pustą puszkę po moczopędnym Sprite'cie, którą opróżniłem po dość podejrzanie wyglądającym lunchu niemieckich linii lotniczych. Postanowiłem wykorzystać nabytą podczas kursu udanego seksu wiedzę i, parafrazując lekcje, nie myśleć o sikaniu w najmniej niepotrzebnym momencie.

I tak moje myśli powędrowały ku Polakom, którzy tak jak ja opuścili zlepek górników i piłkarskich nieudaczników (mających nota bene największą widownię złożoną z samych fachowców), na rzecz kraju potomków piratów, gwałcicieli i afrykańskich idiotów, którzy albo byli tak głupi, żeby się dać złapać w siatkę, albo tak bezużyteczni, że wódz plemienia sprzedawał ich za paczkę fajek, bo i tak nie miałby z nich żadnego pożytku (jakoś tak to było. Wiem, jestem xeroboyem. ojeeeeeeeej).

Pomyślałem też o Mariuszu. Mariusz pochodzili z małej wioski spod Zakopanem. Ojciec jego zawsze powtarzał, że pracuje z baranami. Młode doił, a stare kastrował. Jego stara natomiast całymi dniami w podkoszulku kręciła pod pachą ser na oscypki. Tylko rodzina wiedziała, skąd ten zakopiański przysmak ma taki charakterystyczny zapach i słonawy smak. Teraz już wiecie, że spod pachy mamy Mariusza. Właściwie to nawet minister zdrowia nie maczał w tym palców, co najwyżej penisa. No bo po co ministrowi się wpierdalać w małe biznesy z których ludzie żyją, gdy bezrobotny jest co piąty Polak?

Przejęcie interesu rodziców to była duża odpowiedzialność i za wysoko postawiona poprzeczka dla Mariusza. Zostawiwszy rodzicom kartkę "chuj Wam wszystkim w dupę", wyemigrował do USA niemieckim kontenerowcem przewożącym długopisy. Na jego nieszczęście transport okazał się przykrywką dla przerzutu odpadów radioaktywnych i 10-ciu ton amfetaminy. Biedny Mariusz przez dwa tygodnie rejsu żywił się tylko speedem. Wiem, że dla Was, frajerów tracących czas na czytanie tego gówna, historia Mariusza przypomina bajkę o Obelixie, który za młodu wpadł do kociołka Panoramixa. To ta bajeczka puszczana wam przed wieczornymi pieszczotami tatusia.

Wracając do Mariusza: zmienił się nie do poznania. Szybko poznani dobrzy przyjaciele widząc jego pracowitość, szybkość pracy i mówienia (Mariusz musiał na siebie jakoś zarabiać) doprawili mu przezwisko "Max", a on sam, chcąc zerwać polskie oscypkowe korzenie, zmienił nazwisko z Golonko na Kolonko. Dwa lata później ówczesny dyrektor TVP, znany polski legalny mafiozo, ukrywający się pod popularnym w Polsce nazwiskiem Kwiatkowski, usłyszał historię Mariusza i zatrudnił jako korespondenta wieści zza oceanu. Od tego czasu stać go było na lodówkę, mercedesa i Weronikę Rosatti. Zazdrościmy.

- Ehhh - pomyślałem - ludzie to mieli trudne początki. Jednak wypity Sprite dawał o sobie znać. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że popuściłem parę kropelek. Złapawszy za strategiczne miejsce przeczekałem do lądowania, do którego planowo zostało jeszcze pół godziny. Obok mnie załoga samolotu juz czyniła przygotowania do odklinowania pontona stalowymi łomami górniczymi.

- Wytrzymam - myślałem - wytrzymam!
Gdy tylko otworzyli drzwi samolotu pobiegłem do bramki wyprowadzającej z terminala. A tu, kurwa, jakaś kolejka przed bramką. Myślę: Co jest do chuja?. Okazało się, że Ameryka przywitała mnie widokiem co najmniej nie do pozazdroszczenia - wielką, tłustą, wymalowaną czerwoną szminką dupą, w dodatku oblaną czekoladą. Bynajmniej, nie pachniała jak Wedel i miała założoną zajebistą miniówę w kwiatki 3 x XXL. Była w centrum uwagi całej obsługi terminalu, gdyż wybornie zaklinowała się w bramce obrotowej. Połowa jednego ramienia bramki wsunęła się pod miniówę i weszła jej do odbytu.

Ten widok mnie osłabił. Straciłem resztki woli walki, ściągnąłem spodnie i wysikałem się na murzyna przede mną. Sukinsyn miał jakieś wonty. Stwierdził, że u niego w kraju to się nie sika na ludzi i że chyba przyjechałem z buszu. I że z takimi obyczajami skończyli jeszcze w zeszłym wieku.

- No i dobrze, że świat idzie do przodu - odparłem - i puściłem zajebistego bączka na koniec. Murzyn tymczasem wykręcił mokrego warkocza. W końcu technicy zorganizowali objazd, wiec po chwili stałem w kolejnej kolejce, tym razem do ostatniej bramki przed krajem marzeń, dziwek i hamburgerów, czyli czegoś z niczego.

W budce granicznej siedział czarny. Myślę: kurwa, chyba piastuje najwyższe stanowisko w administracji pod rządami Busha. Dając paszport i papiery ze szkoły, zastanawiałem się, czy łykał dzisiaj rano pigment. 10 minut składał sylaby, w końcu się poddał i pyta:
- W jakim celu przyjechałeś?
- A od kiedy to jesteśmy na "ty", gibonie w kaftanie strażnika? - mówię - Zwolnij bramkę i nie pierdol. Chyba, kurwa, masz czarne na białym, że na studia.

5 kolejnych minut trawił moje słowa, w końcu, chyba zadowolony, że czarne jest na białym a nie odwrotnie, podniósł gorylą łapę i pierdolnął w wielki i jedyny czerwony guzik tuż przed nim, krzycząc wyuczone na studiach NEXT!

Kraj-raj stanął przede mną otworem. Cholernie czarnym i śmierdzącym otworem odbytniczym, jak się później miało okazać...

- Gavin

W następnym odcinku: głupie czarnuchy, zwiedzanie nowego jorku, śmierdzące czarnuchy, historia hamburgera, dymane w dupę czarnuchy. A także: czarnuchy w każdej postaci, kolorze i wymierze.


I tak widzcie. Nie wszystko złoto, co się świeci, ale wszystko co się świeci na pewno zajebią czarnuchy. Na koniec tego boxa kolejna perełka, prosto z naszego forum, prosto z autobusu kaliskiej komunikacji miejskiej. Dziwki i panowie, przed państwem - Dummy!

One nie srają

Zauważyliście że są ludzie którzy nie srają?

Piszę te słowa będąc w wieku sędziwym, ale ciągle jeszcze wiele życie ma dla mnie tajemnic. Na przykład, że telefonem można wysłać maila, wziąć prysznic, albo zjeść kolację. Ciągle jednak są rzeczy dla mnie nowe i tajemnicze.

Na przykład ostatnio zauważyłam, że są ludzie, którzy nie srają. Dotąd myślałam, że wszyscy srają. Jednak teraz w toku poczynionych spostrzeżeń muszę wysunąć tezę, że pewna grupa ludzi nie sra. Są to kobiety, mieszkanki średnich i małych miast, w wieku od 20-40 lat. Osoby skromne, czyste, poruszające się z wielkim wdziękiem, słowa zaś wypływają z ich ust niczym wonności arabskie, kadzidło i mirra. Od ich lic bije wielki blask, a oczy ich niczym gwiazdy. Dłonie ich świętością emanujące, nie mogą pracować. Kiedy na stanowiska kierownicze zawędrują, maja od wszystkiego ludzi. Przesunięcie papierka jest dla nich zajęciem niegodnym, czynność zaś ta jest dla nich wstrętna.

Jeśli staną się żonami, od wszystkiego maja mężów. Od przenoszenia, podwożenia, zarabiania, od czynności tych i gestów, dla których one nie zostały stworzone. Niektóre z nich sprawiają wrażenie, jakby ktoś już za życia zrobił z nich eksponat, zatopił w formalinie, wypchał i powiesił na haku.

Czasami niektóre nawet podejmują prace zarobkową, dlatego że przez równie wypchane matki są uczone stwarzania pozorów. Niewiasty te posiadają talent wielki do ustawiania ludzi, jak pionków na blacie. Łagodne i słodkie niczym winne grona, potulne jak owieczki, miotają swymi mężami jak plastikowymi zabawkami.

I co więcej: one nie srają!

Jeszcze nie nakryłam ich na tej czynności In flagranti. Dążę, aby to udowodnić empirycznie. Na razie w toku poczynionych obserwacji jestem pewna, że nie srają! Czystość ich, piękne i doskonałe słowa z nich się wydobywające temu przeczą. Różowe ich golfy i pozytywne spódniczki, buty z wielometrowym czubem, błyszczące świecidełkami i skromne rajstopki, kolczyki brzęczące i pierścienie zdobiące ich palce. Brzydzą się plugawa mową, o defekacji i innych czynnościach dla nich niskich.

Nie srają, to pewne!

- Dummy.blog.onet.pl

 

   
  Zryte Berety
ZIMNA PŁYTA
left click 4 moron's bio & stats
  fioletowe coś Lato przypala nam - i tak częstokroć solidnie zryte już - berety. Mając jednak wyjebane na pogodę, człek musi żyć, egzystować no i, rzecz jasna, ruchać! Lecz często zdarza się, iż żar lejący się nieba poraża ludzi i zniechęca do jakiejkolwiek aktywności. Człek stara się wtedy schłodzić, orzeźwić jakoś. Dlatego chciałbym dziś skierować me rozważania w kierunku seksualnej konsumpcji ludzi martwych. Będzie zatem o swoistej "zimnej płycie" w sferze ludzkiej seksualności.
      29 lipca 2006

Kodeks Karny, Rozdział XXXII Przestępstwa przeciwko porządkowi publicznemu:

Art. 262.
§ 1. Kto znieważa zwłoki, prochy ludzkie lub miejsce spoczynku zmarłego,
podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.

§ 2. Kto ograbia zwłoki, grób lub inne miejsce spoczynku zmarłego,
podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.


Potrzebne składniki i niezbędne warunki:
- cmentarz na uboczu lub dostęp do prosektorium
- łopata (by odkopać małe conieco, jeśli pozyskiwanie zwłok odbywa się na cmentarzu)
- kilof, łom (by wspomóc się nimi we wspomnianym przed chwilą procesie)
- narzędzia chirurgiczne lub nóż i siekiera (by ewentualnie wykroić jakąś szczególnie interesującą część)
- muzyka - koniecznie szatanistyczna lub dzieła któregoś z klasyków wiedeńskich
- ostatecznym i najważniejszym składnikiem jest ciało lub jego strategiczny dla konsumenta fragment

Społeczeństwo patrzy na wszelakie parafilie z wyraźną dezaprobatą. Nie inaczej jest w przypadku nekrofilii. Jest to dewiacja seksualna, a więc stałe, bądź okresowo i długotrwale występujące seksualne uzależnienie od czynników niezwykłych albo nie do przyjęcia. W tym konkretnym wypadku, Drogie Dzieci, niezwykłym i nie do przyjęcia czynnikiem jest posuwanie zwłok lub podnieta nimi powodowana. Jest to perwersja seksualna, podobnie jak pedofilia i zoofilia - bez względu na to, co mówili Wam nieraz tatuś lub mamusia... Zastanawiając się nieco nad powyższymi słowami, wyraźnie zauważyć należy, iż wiele - w pojmowaniu nekrofilii lub innych perwersji seksualnych - zależy od opinii społecznej, od powszechności występowania. Stąd też możliwe, iż podobnie jak sadomasochizm, nekrofilia stanie się kiedyś w naszym postępowym społeczeństwie pełnoprawną formą wyrażania swej aktywności seksualnej.

Wiem, że praktyczna strona tego zjawiska jest dla Was bardziej interesująca, więc porzucam te pseudo-inteligentne rozważania. Od czego zacząć? Posiłkując się relacjami osób trzecich oraz swoim zwyrodniałym instynktem (tzw. czujem), stwierdzam, iż wiele zależy do tego czy mamy dostęp do prosektorium. Wtedy bowiem w sposób łatwy i przyjemny można przejść do fazy właściwej - a więc do rżnięcia czyjegoś truchła - minimalizując fazę wstępną, a więc samo pozyskiwanie zwłok i przygotowywanie terenu. Jednakże dobry recon oraz porządne zabezpieczenie terenu jest kwestią niebagatelną. Same rozwiązania techniczne, takie jak ryglowanie drzwi, zasłanianie okien, używanie kotarek i parawanów, pozostawiam Waszemu "zdrowemu" rozsądkowi. Celem nadrzędnym powinna być jednak miła, spokojna, intymna oraz romantyczna atmosfera. Zwłokom należy się przecież szacunek... Świece, psychodeliczna muza (może być np. coś z doom metalu lub dzieła klasyczne), czułość, to wielce wskazane czynniki, powodujące, iż prosektorium - a więc miejsce mało romantyczne - staje się świątynią piękna, miłości, czułości, zatracając prawie całkowicie swoją laobolatoryjną atmosferę. Rżnięcie zwłok wyjętych z chłodni w upalny dzionek przynieść powinno, prócz zaspokojenia seksualnego, bardzo przyjemne orzeźwienie i świeżość.

Nieco inaczej ma się sprawa w przypadku pozyskiwania zwłok z cmentarza. Jest to zajęcie bardzo pracochłonne i ryzykowne. Faza wstępna polega na selekcji konkretnych zwłok. Kwestia rocznika - podobnie jak w przypadku win - jest tu bardzo ważna. Daty na nagrobkach mówią bowiem o tym z jak starą, w chwili śmierci, osobą przyjdzie nam obcować oraz w jakim stanie rozkładu będzie denat lub denatka. W obu przypadkach nie trudno jest o niespodzianki, stąd chwilę otwarcia trumny porównałbym do chwili otwarcia""jajka niespodzianki", kiedy to okazuje się czy zawartość nas cieszy, bawi, tudzież wkurwia i osłabia.

Jednakże wspomnieć tu muszę, iż bardzo doświadczeni nekrofile uważają, że każde zwłoki, nawet najobrzydliwsze ścierwo, można zerżnąć. Gnijący umarlak ma przecież o wiele więcej otworów niż świeżak. Pewną trudność sprawiać mogą gołe szkielety. Jednak ambitny nekro-zjeb nie zniechęca się takimi szczegółami. Wracając jednak do fazy wstępnej - po wykopkach, a więc po pokonaniu niemal dwóch metrów ziemi lub po sforsowaniu płyty, następuje wspomniane otwarcie trumny. Wtedy to - zależnie od warunków - zabieramy całego trupa lub też jego strategiczny fragment. Szatany lub osoby szczególnie spragnione śmiertelnych igraszek preferują obcowanie ze ścierwem na płytach nagrobnych, aczkolwiek początkującym nekro-adeptom sugeruje się zabranie truchła do domu lub w inne bezpieczne miejsce. Samo ruchanie zwłok, a więc wspomniana już właściwa faza przedsięwzięcia, odbywać się powinno w intymnych, romantycznych warunkach, zależnych już od upodobań własnych.

"Sprytnym inaczej" odradzam zabijanie w celu pozyskania zwłok, choć wydawać się to może prostsze i praktyczniejsze. Jednakże ruchając zwłoki, człek nie szkodzi nikomu, w przeciwieństwie mordowania i ruchania. Co więcej, z pewnego punktu widzenia, w nekrofilii dostrzec można ogromny szacunek dla zwłok i ponowne ich uczłowieczanie. Dla wielu bowiem więź duchowo-cielesna zrywa się w momencie śmierci. Ciało jest wtedy dla nich jedynie mięchem. Zerżnięcie umarlaka staje się więc aktem nadania ciału szacunku, który przysługuje zazwyczaj jedynie ludziom.

Co jest w "jechance z umarlakiem" takie intrygujące?
Poniekąd wygląd. Wystarczy wybrać się na jakąś gotycką lub metalową imprezę, by uzmysłowić sobie jak wielką atrakcyjnością seksualną dysponują osoby ucharakteryzowane w stylu nekro. Ciemne oczodoły, granatowe lub czarne wary, takież pakcie, blada skóra, ciemne ciuchy. Jednakże to jedynie marne, żyjące, ciepłe podróby zwłok, nieco tylko swym wyglądem przypominające umarlaków. Zwłoki są chłodne, częstokroć już sztywne, zdarza się, że z plamami opadowymi. Ich mroczny spokój, chłód, milczenie jest nie do podrobienia. Ich milcząca zgoda na zerżnięcie oraz otwartość na eksperymenty przyćmiewana jest jedynie nieco przez bierność jaką wykazują. Jednakże za to przecież nekrofil uwielbia zwłoki. Za tą bierność i pełne oddanie.

Czasem dochodzi jeszcze smordek. Ten czynnik jest chyba najtrudniejszy do racjonalnego wytłumaczenia. Aczkolwiek ludzki pot także śmierdzi, a na wiele osób - świadomie lub nieświadomie - działa podniecająco. Stąd też odór zwłok może również działać na podobnych zasadach.

Na koniec chciałbym uprzedzić wiele listów typu:
Hej! Chciałbym/chciałabym rżnąć zwłoki, ale się boję. Jak zacząć?

Otóż wielu nekromaniaków zaczynało od seksu z żyjącymi ludźmi, którzy udają jedynie zwłoki. Dlatego być może warto poprosić bliską osobę, by podczas seksu udawała trupa. Nie jest to trudne. Wystarczy być nieruchomym jak kłoda, nie wydawać jęków oraz mieć np. zamknięte oczy, co okazać się może w przypadku wielu kobiet, zachowaniem standardowym i praktykowanym od wielu lat. Można całość ładnie zainscenizować - naga osoba, udająca trupa, leży na stole w worku (uwaga na dostęp tlenu) lub pod prześcieradłem, a nekro-adept dobiera się do niej i rżnie, niczym trupa, odkrywając swoje prawdziwe skłonności.

Dla osób chcących zagłębić się w tematykę nekrofilii odsyłam na nasze forum, gdzie zapoczątkowana została idea CityNecrophils. Jest to wielce ambitny nekro-projekt, który z pewnością daje do myślenia:

czekam na wasze zjebane opinie

 
  Koszulki Dziwnych Tabletek!

Sprawdź, co przegapiłeś, bo piłeśNext!

www.zapachasfaltu.pl Recenzja Frankiego