
|
Wifey > ![]()
|
![]() |
|
Recenzja Brudnych Historii w Angorze W 818 numerze tygodnika Angora ukazała się recenzja rzeczonej książki napisana przez jakąś dziwkę. To dobrze, że są jeszcze suki, które mają trochę dystansu do własnej cipy. Mówiąc szczerze, nie mam zielonego pojęcia co to za tygodnik. Interesuje mnie tylko to, że ma 420 tysięcy nakładu. Czego chcieć więcej, kurwa? No może parcia do Wojewódzkiego... Póki co - srać na to. A review możecie przeczytać po kliknięciu na tą zjebaną miniaturkę na dole.
Recenzja Brudnych Historii by Franki www.ksrutkowski.alternatywa.com Jakkolwiek chujowo i zniechęcająco wygląda jego prywatna strona www, to już zawarte na niej teksty stanowią, jeśli nie klasyki, to na pewno mocne, pożywne kawały literackiego mięcha. Krwiste steki, niezdolne do przetrawienia przez wyślizgane mózgi grzecznych małych dziwek. "Brudne historie" nie sprawią, że zachwycone swoją lesbijską błyskotliwością suki okrzykną K. S. Rutkowskiego następcą Masłowskiej lub innej z dupy wziętej pizdy. Wręcz przeciwnie: znienawidzą go za tematykę opowiadań, w których nie ma miejsca na piękno, wrażliwość i macanie się po migdałkach. Tutaj znajdą tylko wpierdol, alkoholików, zboczeńców, morderców, krew, łzy, psy i inne ścierwo, jakie można znaleźć na polskim dnie, w najgorszych dzielnicach średniej wielkości miasta. Rutek nie odwala jednakowoż jakiegoś lansu na siłę. Nie czuje się przegięcia w żadną stronę. Jeśli padają "kurwy", "chuje" i "pizdy", to wyłącznie w ściśle uzasadnionym celu. Ten koleś ma naprawdę wystarczająco wiele do powiedzenia, żeby nie bazować na bluzgach w celu wywołania "szoku" tudzież "zgorszenia". Wszystkie historie w książce spaja tytułowy brud. Moralny, uczuciowy, ludzki syf. Nie ma jednego, głównego bohatera, a przynajmniej nie jest to powiedziane wprost. Wszystkie postacie łączą za to chropowate życiorysy i ogólnie chujowy stosunek do świata. I to co dla mnie najistotniejsze: ironiczne a nawet cyniczne podejście do rzeczywistości, choć w żaden sposób nie zakrawające na żenującą parodię. Całą książkę połknąłem zgrabnie jak mała prostytutka. Stanowi ona spójną całość, czyta się ją jednym tchem i bez pierdolenia. Nie można również pominąć sposobu w jaki została wydana. Mamy tu full HARDcover, baby! Okładkę oraz wnętrze książki zdobią foto-ilustracje wyciągnięte spod pindola Sado. Ta kolaboracja przynosi oczywisty skutek, choć zdjęcia mogłyby nie ograniczać się wyłącznie do tematyki dziwek. Co w sumie tylko potwierdza, że "Brudne historie" to książka, w której powinni zagustować głównie wykolejeńcy płci męskiej. Choć ma dziewczyna poszła w me ślady i również łyknęła książeczkę jednym haustem. Może powinienem zacząć się martwić... - Franki P.S. Pełna lista księgarń (internetowych i stacjonarnych), w których obecnie można nabyć książkę znajduje na stronie internetowej autora www.ksrutkowski.alternatywa.com Jest też do nabycia w Merlinie, więc po chuja szukać dalej? Znajdziecie tam również wiele opowiadań, do spróbowania za darmo. Polecam zwłaszcza teksty: AMERYKAŃSKA PSYCHOPATKA, OPOWIEŚĆ, ZABÓJCY. Czytać, kurwa mać!
18 stycznia 2006
Każdemu kto zamieści go na swoim zjebanym blogu, śmierdzącej stronie www lub jakimś forum, osobiscie podziękuję włożeniem palca w dziurkę (w przypadku kobiet: do wyboru). Promujcie ten meeting, bo, kurwa, najebiemy się razem i zrobimy konkretną siarę! Kamera video i aparaty jakimi będziemy dysponować na miejscu na pewno będą nas dopingować. Nie mówiąc już o publiczności. Pokaz vomitingu będzie bardziej niż pewny. Podobie jak pokaz pindola, dupy i innych części ciała. 25 grudnia 2005 Nie można zgwałcić prostytutki Naczelny wiochman Polski, Andrew Lepper uknuł na poczekaniu nową prawdę objawioną, która może dorównać nieśmiertelnemu "Balcerowicz musi odejść". Choć ostatnio coś się zmieniło i podobno już nawet nie musi. Owa prawda zawiera się w prostych jak cep słowach "prostytutki nie można zgwałcić". Wiecie co? Ten koleś jest tak tępy, że właściwie nie wiadomo jak zabrać się za ośmieszanie go, bo on sam i tak zrobi to tysiąc razy lepiej.
Ogłoszenia parafialne 1. Dzisiejszego poranka, tuż po otworzeniu swoich pięknych oczu ujrzałem, ku swemu zdziwieniu, SMSa o następującej treści: Pisownia oryginalna. It's gettin' freaky in here. 2. Zwyrodniały Liverpool znowu się nie załapał na apdejt. Pewnie już nawet nie wierzycie, że w ogóle tam byliśmy... ale wiecie co? Tak! Mam wyjebane! 3. Ekipa DT rozrasta się niczym pleśn na moherowym berecie. I oto znowu mam wątpliwy zaszczyt przedstawić wam naszego nowego ko-autora w osobie K. S. Rutkowskiego. AutorA przez duże A, bo z dorobkiem książkowym! Brudne historie - order now, think later. Dziwne Tabletki są jednym z patronów tego wydawnictwa, co w niektórych kręgach na pewno nie przysporzy tej książce popularności, a w innych sprawi z kolei, że będzie ona bestsellerem i biblią czytaną w czasie porannej masturbacji. Sado również ostro maczał w Brudnych historiach swojego czystego (podobno) pindola. Kurwa, czy byście pomyśleli, że logo DT będzie kiedyś wydrukowane w KSIĄŻCE? Ja nie. Dlatego jest. 4. W związku z niewiarygodnym odzewem w sprawie plakatu, pomysł został brutalnie wepchnięty w fazę realizacji. Spróbujcie kurwa tylko tego nie kupić. Będę tropił was po IP z jakich wysyłaliście maile. Aż każdy z was, czy tego chce czy nie, zostanie wydojony z kasy w zamian za kawałek kolorowego papieru. Fani DT, Sin City i Heyah już mogą wyciągać oliwkę. Oczekiwana data premiery: styczeń 2006. 5. Projekt City Vomiters, dziecko dwóch ojców (moje i MADnessa) został oficjalnie poczęty. Wiemy, że świat nie jest jeszcze gotowy na Prawdę tego rodzaju, ale nikt nie mówił, że bycie prekursorem musi być proste. Ważne żeby były chociaż rzygi. I, na Zeusa!, nikt nie powie, że ich tam nie ma! 6. Tak sobie przeglądam aktualne wydanie DT i spostrzegam, że wyszedł nam cholernie anty-klerykalny numer. Cóż, tak jakoś się stało, nie było to planowane. Widocznie na autorów wpłynęła magia świąt i chcieli zachować równowagę Mocy. 7. Zupełnie z dupy, bez szumnych zapowiedzi zostały przygotowane szklanki z logo DT do whiskacza i long drinów. Sprzedaż ruszy w najbliższym czasie, gdy tylko zostaną odpowiednio sfotografowane. Ja już zdążyłem się z nich najebać, czego i wam życzę. Komercja uber alles! Dziwne Tabletki niewątpliwie płyną w dobrym kierunku. Nie da się tego na szczęście powiedziec o naszej psychice. P.S. Jako że byliście dobrymi chłopcami i dziewczynkami, przygotowałem dla was i dla naszego kochanego prezydenta świąteczny wierszyk: Ave, panie prezydencie! Z dupy wyjdzie sraczka. |
![]() |
Co z tą Polską, kurwa? PAPIEŻ WIECZNIE ŻYWY |
||||||||||||||||
Był Elvis Presley, był Kurt Cobain, był Freddie Mercury. Teraz czas zarobić na papieżu Polaku. |
|||||||||||||||||
![]() |
|
||||||||||||||||
| Krótko i na chłodno |
Wybór premiera, dokonany przez braci Kaczyńskich, nie był trudny. Musieli tylko wybrać kogoś z szeregów swojej partii, kto bez instrukcji pisemnej, ustnej, lub telefonicznej, samodzielnie nie zawiąże sobie sznurowadeł. Wśród wielu potencjalnych kandydatów - służalczych mistrzów wazeliny, z do cna wypranymi przez braci K. mózgami - wybór padł na ideał - Kazimierza Marcinkiewicza. Nie dość że faceta bez własnego zdania, to jeszcze autentycznego dewota. Nieskazitelnego człowieka głębokiej wiary, bez granic oddanego sprawą religii katolickiej. Nieźle prezentującego się nie tylko na sejmowej mównicy, ale - co dziś znacznie ważniejsze - na tle jasnogórskiego ołtarza. Na tym tle, lepiej od niego wyglądał jedynie Jan Paweł Drugi. Od dnia namaszczenia na premiera, wielokrotnie dane było się nam o tym przekonać, dzięki mediom państwowym i prywatnym. Premier modlący się na Jasnej Górze, premier klęczący w warszawskim kościele, premier z szykiem podwożony limuzyną wraz z rodziną na msze w rodzinnym mieście. Wizerunek premiera-katolika, przytłacza w przekazach medialnych obraz premiera-szefa rządu państwa, dręczonego korupcją , biedą i bezrobociem. Oprócz tego że premier umie i lubi klepać paciorki, nie wiemy w zasadzie nic więcej. Nawet jego bełkotliwe sejmowe ekspoze, było tylko powtórką z historii, pełną pustych słów i frazesów, jak się później zresztą okazało, zerzniętych w większości z równie marnego ekspoze poprzedniego premiera. Żadnych konkretów. Był w sejmowej mowie Pana Premiera Bóg, honor, ale zabrakło ojczyzny. A przecież to właśnie o nią toczy się cała gra... Inteligentniejsi z nas oczywiście wiedzą , że Pan Premier wie i umie bardzo dużo, dokładnie tyle, ile potrafią jego szefowie, bracia Jarosław i Lech. Wytrawni polityczni gracze, którzy nigdy nie odkrywają zawczasu wszystkich kart i znają niejedną szulerską sztuczkę, aby wygrywać kolejne partie, a także całą rozgrywkę. Właśnie jedną z nich, choć już nie oryginalną (wszyscy dobrze pamiętamy pacynkę o imieniu Buzek, na ręku Krzaklewskiego) było wsadzenie na stołek premiera, Pana Marcinkiewicza, zahukanego poczciwinę, którego dla "dobra kraju" obaj bracia wyciągnęli siłą spod pantofla żony. I tym sposobem mamy szefa rządu stworzonego z niczego, zawieszonego w myślowej próżni i otwierającego gębę tylko po to, aby klepać cudze formułki. Namacalne perpetum mobile polityki, lub dowód na to, że w dzisiejszych czasach, nie potrzeba wcale czarów, aby ożywić drewnianą kukłę. Osobiście podziwiam polityczny geniusz braci Kaczyńskich. Nie dość że udało im się obsadzić stanowisko premiera, marionetką, którą można sterować skuteczniej niż japońskimi robotami, to dokonali również "politycznej zbrodni doskonałej" i wszystko wskazuję na to, że ujdzie im na sucho. I jeśli wykonany koncertowo, publiczny gwałt na liderach PO, jestem im skłonny puścić w niepamięć - bo takie są brutalne reguły gry w tym sporcie - skoku na polską demokrację, już nie. Tego obmacywania się z Leperem i znacznie śmielszych, oralno-analnych stosunków z Romanem Giertychem i członkami jego partii. Ale najbardziej nie mogę im wybaczyć małżeństwa z ojcem Rydzykiem, trzymającym w tej tragikomicznej grze, nazywanej Czwartą RP, całą pulę. Osobnikiem z Panem Bogiem na ustach, służącemu jednak tak naprawdę wyłącznie biletom emitowanym przez Narodowy Bank Polski. Obaj bracia bliźniacy, podobnie jak kiedyś niejaki Judasz, sprzedali diabłu duszę za trzydzieści rydzyków. Przepraszam, oczywiście złotych, chociaż w dobie obiecywanych wielkich zmian w kraju i zgłaszanych w sejmie kretyńskich postulatów, nikt nie zagwarantuje, że w najbliższym czasie nie zmieni się nam także waluta. |
| 25 grudnia 2005
Elementy potrzebne w praktykowaniu nożownictwa: - nóż składany z dobrą blokadą (długość ostrza ok. 9cm) - ustronne, ciemne miejsce (najlepiej w sąsiedztwie jakiejś bramy lub krzaków) - odzież w ciemnych barwach, bluza z kapturem Elementy przydatne, inspirujące, aczkolwiek nie niezbędne: - zdjęcie Richarda Ramireza. Napawa mnie niepokojem współczesne wyalienowanie jednostki, jej anonimowość w tłumie. Doceniam opiniotwórczy, kulturotwórczy lub choćby debilotwórczy charakter DT. Dlatego chciałbym włączyć się, na swój sposób, w misję uświadamiania społeczeństwu jak ważne jest zacieśnianie więzi międzyludzkich - również w kontekście szerzenia chaosu i destrukcji. Otóż, o ile strzelanie do tłumu może być formą totalnie anonimową i wyzutą z wszelkich relacji międzyludzkich, o tyle wpakowanie komuś kosy jest swoistym spotkaniem dwóch osób. Pierwszym etapem jest dobór ekwipunku. To ważny moment. Warto bowiem dobrać narzędzia niezawodne, trwałe i dobrej jakości. Długie ostrze - jako narzędzie podstawowe - zapewni doskonałe właściwości penetrujące. Nie trzeba być więc doskonałym znawcą anatomii (choć to wielce przydatne), gdyż wpakowanie 17cm ostrza w okolice klatki piersiowej to wysoce prawdopodobny skutek śmiertelny. Kilkakrotne pchnięcie to praktycznie 100% skuteczności. Nie inaczej jest w przypadku poderżnięcia gardła, a właściwie to szyi. Chlastając komuś tę część ciała, ostrze napotka na swej drodze prawdopodobnie gardło, tchawicę, być może tętnicę (nieco na boku). Najwięksi psychole, działający częstokroć w ogromnym szaleństwie i pobudzeniu emocjonalnym, podcinając gardło docierali ostrzem aż do kręgosłupa. Pomagało im znacznych rozmiarów ostrze, które podczas jednokrotnego przeciągnięcia po szyi całą swą długością malowniczo ją otwierało. Cała magia tego brutalnego czynu tkwi w fakcie, iż wymaga on kontaktu bezpośredniego. Oprawca musi więc dokonać selekcji, jednocześnie w pewien sposób zaznajamiając się z ofiarą, z jej cechami fizycznymi. Kolejna fazą jest samo podchodzenie swej zdobyczy. Zależnie od sytuacji, można czynić to zupełnie na legalu (a więc oko w oko) - z wyciągniętym lub schowanym ostrzem - albo też zupełnie "na tajniaka" (nie zdradzając wcześniej swej obecności). Sam atak jest niesamowitą burzą emocji, powodzią adrenaliny. W większości bowiem przypadków przy zadawaniu ciosu, dochodzi do bezpośredniego kontaktu fizycznego. Ofiara i oprawca - zwarci w uścisku śmierci - odbywają ostatni taniec, pełen namiętności, strachu, bólu, radości, żądzy, gniewu. Koncentrat emocjonalny, jakiego próżno szukać gdziekolwiek indziej. Dlatego też nie każdemu smakuje. Mnie osobiście poraża jakaś taka chora aura tej intymności, jaka łączy w tym przypadku zarzynanego i zarzynającego. Nie ma miejsca na nią w przypadku strzelania. Używając bowiem broni palnej, cel jest odczłowieczony, bez widzialnego oddechu, tętna i zapachu. Zabijanie w takim wypadku jest również bardziej czyste dla sprawcy, gdyż jeśli się postara, to nie ubrudzi sobie nawet podeszwy. Wypatroszenie kogoś przy pomocy kosy nie jest już tak czyste. Niemożliwe jest bowiem otwarcie komuś np. tętnicy bez ubrudzenia się. "Ludzki aerograf" - bo tak można nazwać ofiarę znajdująca się w takiej sytuacji - zachlapie oprawcę i spory obszar wokół siebie. Dlatego nie każdy ważniak z nożem nadaje się do tego rodzaju tańca z kostuchą. To chyba najbardziej popieprzona elita wśród morderców. Zryte to doprawdy! Wiem, że niektórzy mogą traktować mój tekst jako próbę propagowania przemocy. Otrzymałem między innymi tego rodzaju response po ostatnim mym tekście. Dlatego odcinam się szybkim i pewnym cięciem od tego rodzaju insynuacji. Jestem kurewsko pro-life! Piszę o dewiacjach, bo z reguły przedstawia się je w sposób zupełnie jednostronny, nie starając się pojąć co w nich może pociągać pewne jednostki. Poza tym wierzę, że DT przyciągają przede wszystkim dojrzałego (heh) Czytelnika, który to potrafi podejść do czytanych tekstów z odpowiednią rezerwą i roztoczyć nad przeczytanymi treściami głęboką refleksję . Nie zamierzam podawać na talerzu przemyśleń w stylu "to jest straszne, to złe, a tamto niedopuszczalne". To bowiem każdy rozważa w swoim wnętrzu. Chcę raczej przypomnieć każdemu, że pojeby są wśród nas. Każdy może mieć zryty beret, każdy może mieć do tego predyspozycje. |
![]() |